No tak. Paryż. Jedyne, o czym marzyłam przez ostatni rok. Jak już będę w Paryżu, to zobaczę tyle rzeczy, poznam tylu ludzi, pójdę w tyle miejsc i tak dalej. Cały czas w ruchu i cały czas na wysokich obrotach.
Rzeczywistość, jak zwykle, zweryfikowała trochę moje zapędy. Ostatni tydzień pracy i latania po uczelni w celu załatwienia wszystkich papierków świata (a wygląda na to, że to dopiero początek...) zmęczył mnie tak, że całą sobotę przesiedziałam w mieszkanku, nagrywając piosenki. Na dodatek od mojego przyjazdu pogoda wydaje się zachęcać do myśli samobójczych. Non stop leje.
"Własne" mieszkanko ma wiele zalet. Np. takie, że jest się samemu. Ma też wiele wad. Np. takie, że jest się samemu. Ciągle. Teoretycznie nie powinnam narzekać tu na samotność, bo mam w mieście co najmniej piątkę znajomych, na których mogę liczyć, plus zawsze mogę wykonać awaryjny telefon do Rodzinki z Bretanii ;) Ale dopiero teraz zorientowałam się, jak to jest, kiedy rodzina została w Polsce, a wszystkie współlokatorki rozjechały się za granicę (do Anglii albo do Sosnowca ;p). Pewnie musi minąć pierwszy etap przystosowywania się, zanim uznam tą sytuację za normalną.
Póki co postanowiłam iść wreszcie na imprezę ze znajomymi. W końcu jestem w Paryżu. I jest weekend. Schodzenie po drewnianych schodkach na obcasach to chyba trudniejsza rzecz niż wspinaczka górska.
Impreza jak impreza...odwiedziliśmy parę ciekawych miejsc. Klub, w którym byliśmy jedynymi białymi, zrobił na mnie duże wrażenie. Chyba zrozumiałam, jak muszą się czuć czarnoskórzy w Polsce...jak pod ciągłym obstrzałem. Ale dobrze wiedzieć, że w Paryżu można znaleźć kawałki Afryki ;)
Nie odważyliśmy się wejść do klubu, który wyglądał jak dżungla....baliśmy się, że już stamtąd nie wyjdziemy ;p Za jakąś godzinę pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się do różnych linii metra.
Niestety nie mam stacji blisko siebie, więc o drugiej w nocy, w rzęsistym deszczu, maszerowałam raźno w drodze do domu. Na ulicy nie było żywej duszy.
- Dobry wieczór- spod ziemi wyrósł nagle zwyczajnie wyglądający czarnoskóry pan, na oko czterdziestoletni.
- Dobry wieczór- odpowiedziałam odruchowo. Francuska uprzejmość najwyraźniej już weszła mi w nawyk. Przyspieszyłam kroku.
- Co tam u ciebie?- kontynuował facet, niezrażony- Wracasz z imprezy czy od znajomych? Spędziłaś miły wieczór? Daleko mieszkasz?
- Tak, bardzo daleko- stwierdziłam ostrożnie, unikając kontaktu wzrokowego i wypatrując gorączkowo jakiejkolwiek otwartej knajpy czy sklepu. Nie zdążyłam się nawet zbytnio zdenerwować. Gdyby nie pora, sytuacja w ogóle nie wydałaby mi się dziwna- zwykła francuska wymiana zdań z nieznajomym człowiekiem. Ale była druga w nocy. A ulica, jak przedtem, świeciła pustkami. Facet nie przestawał maszerować obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku.
- Przepraszam pana, ale naprawdę bardzo się spieszę.
- Awww. Pewnie jesteś zmęczona. Ale wiesz, nie powinnaś zamykać oczu, jak pójdziesz spać. Masz takie cudowne oczy.
Logika tego rozumowania zwaliła mnie z nóg, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Modląc się, żeby facet nie poszedł za mną do domu, przyspieszyłam tak, że już prawie biegłam.
- Aaaa...-połapał się dżentelmen- Chcesz może, żebym cię zostawił?
- Bardzo bym pana prosiła.
- No dobrze, skoro sprawię ci tym przyjemność...Miłego wieczoru w takim razie!
Paryscy stalkerzy. Nawet oni są uprzejmi.
Pierwsza zasada, kiedy masz wrażenie, że ktoś cię śledzi- iść pewnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Zwolniłam dopiero przed jakąś oświetloną restauracją, gdzie arabski kelner zamiatał plac.
- Cześć!- zawołał na mój widok- Wracasz do domu? Żartujesz chyba! Jest sobota wieczorem, trzeba iść na imprezę!
Zwątpiłam. Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęłam od środka drzwi mojej kamienicy.
Dzisiaj już nie pada. Może pójdę sobie na spacer po Dzielnicy Łacińskiej.
W świetle dnia.
I może kupię gaz pieprzowy. Na wypadek, gdyby następny stalker nie okazał się Francuzem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz