Zwykle jestem uosobieniem stoickiego spokoju i umiarkowania w wyrażaniu negatywnych opinii. Ale dzisiaj robię sobie karnawał od politycznej poprawności.
Paryżanie doprowadzają mnie do rozpaczy i szewskiej pasji jednocześnie.
Po pierwsze - uniwersytecka biurokracja. Nie wiem, jak oni sami odnajdują się w tej stercie papierkowej roboty. Może się zresztą nie odnajdują, bo zajęcia zaczynają się za tydzień, a nie ma jeszcze nawet godzin wszystkich seminariów magisterskich. Zapisywanie się na cokolwiek trwa pół dnia. I kolejki. Wszędzie kolejki. Nie mają końca.
Po drugie - paryska rodzina. Z Ojcem-Właścicielem, większością dzieci (to zależy od dnia) i rosyjskimi dziadkami dogaduję się w miarę dobrze. Ale Mama-Zołza to mało powiedziane.
Nie wiem, po co mieć dzieci, skoro cały czas zajmuje się nimi ktoś inny. Nie wiem, po co kazać mi przychodzić w poniedziałki i zostawać do wieczora, skoro w poniedziałki ma wolne. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, kiedy dzieci siedzą w kuchni i jedzą kolację. Jeszcze nikt nie podał mi w tym domu szklanki wody...brzmi jak cytat z kawału, ale taka jest prawda. Duże pole do socjologicznych obserwacji- to jedno. Poczucie, że jest się traktowanym z dużą dozą wyższości i pogardy- to drugie. Poza tym zostałam dzisiaj poinformowana, że we wtorki rano muszę odprowadzać dzieci do szkoły.
-Jakie zajęcia? Na ósmą rano? No cóż, tym gorzej dla pani. Co za uniwersytet robi zajęcia od ósmej rano?
Coś takiego jak ustalanie rzeczy wcześniej chyba nie mieści się w tutejszych normach.
A poza tym wszystkim...leje. Ciągle. O zmroku wracałam do domu, nie zwracając już uwagi na swoje przesiąknięte wodą buty i ogólnie zachwycający image zmokłej kury. Dawno nie miałam tak podłego humoru. Paryż, moje miasto przygód, świateł i wychylających się z każdego rogu księgarni, odwracał się do mnie plecami. Nic nie szło łatwo. Na każdym kroku piętrzyły się problemy. I jeszcze ten deszcz. Postanowiłam, że jeżeli następnego dnia też będzie tak lało, wstąpię do najbliższego sklepu, kupię młot pneumatyczny i rozwalę jakiś zabytek.
- Mademoiselle?- usłyszałam nagle z tyłu. Dobrze, że nie byłam jeszcze uzbrojona. Ale miałam ochotę zrobić użytek z obu nóg. Opanowałam się jednak.
- Oui, monsieur?
- Czy mógłbym pani zaoferować swój parasol? Strasznie pani zmokła...
- Już chyba bardziej nie zmoknę- zawahałam się, ale w końcu machnęłam ręką. Za dosłownie 30 sekund przestało padać.
Paryżanie są wkurzający. Mają kompleks Boga i uważają się za pępek świata. Ale trzeba im przyznać, że czasem umieją poprawić człowiekowi humor. Pan z parasolem pomachał mi i wszedł do swojej kamienicy. Wybuchnęłam śmiechem na widok swojego zmokłego odbicia w witrynie sklepowej, po czym za chwilę też byłam już w domu. Za parę godzin doszłam do wniosku, że paryskie życie jest do ogarnięcia. Może. Miejmy nadzieję. Tylko trzeba czasu, słońca i chwili na zebranie myśli.
Coś jednak wisi w powietrzu z tymi stalkerami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz