środa, 7 sierpnia 2013

W wodzie, w powietrzu, na ziemi....i niedługo chyba pod

Co za czas. W dwóch słowach:

- menhiry zostały poustawiane chyba tylko po to, żeby powkurzać następne pokolenia. Tłumy turystów, złożone głównie z Anglików i paryżan, robią tysiące zdjęć różnej wielkości kamolom, wśród których pasą się owieczki,
- barierka dla dziecka przed schodami działa świetnie. Przez dobre 15 minut nie mogłam zejść na dół....uwolnił mnie dopiero pan tata,
- najbardziej znaną tu polską postacią oprócz papieża jest Lesz WaleZA. "Nooo, Lesz WaleZA! Jak to nie kojarzysz, przecież on jest Polakiem, nie? Polityk, były prezydent? Ahaaa...że jak to się wymawia po polsku? No nie mów..."
- ledwo wychylisz się na rowerze ze swojej ulicy, a już dopadają cię Brytyjczycy, którzy chcą dotrzeć do menhirów,
- połowa facetów ma na imię Jean-Marie, Jean-Pierre albo Jean-François, od którego zdrobnienie to...Jeff (bardzo francusko),
- woda nie aż tak zimna, kajaki i deski super,
- istnieje tutaj piwo na bazie wody morskiej.

A teraz trochę dłużej o wczorajszych przygodach. Siedzimy sobie spokojnie w barze z panem tatą (mały u babci, na razie ciągle mam urlop ;D). Pijemy kawę, czytamy francuskie gazety i rozmawiamy ze wszystkimi znajomymi, którzy się nawiną. Pan tata gada przez swojego iPhone'a, jak cała reszta tutejszej populacji. Nagle słyszę:
- Znajomy musi odstawić samolot z jednego miasta do drugiego. Taki mały, na dwa miejsca. Właśnie dzwoniłem i powiedział, że będzie można cię tam wsadzić.
-...
-No co, nie chcesz się przelecieć nad oceanem?
- :O...
- Problem jest tylko taki, że chyba nie zdążę cię odwieźć do tego miasta, skąd będziecie odlatywać. Są straszne korki, to potrwa wieki...
- Ja ją odwiozę- wtrącił się znajomy z baru- na motorze będzie szybciej. Jechałaś kiedyś motorem?
- :OO...
:D Niestety nie było to takie proste, bo nie przewidziałam tego typu podróży. Na szczęście dziadkowie jeżdżą motorem, więc pani babcia pożyczyła mi kask i wielki sweter, dodając mimochodem, że na pewno zwieje mi te klapeczki. Ubrana jak siódme dziecko stróża (albo raczej harleyowca) wsiadłam na motor za znajomym z baru, który ruszył z kopyta.

Kolejka w wesołym miasteczku to przy tym małe piwo. Facet gazował tak, że całe otoczenie tylko migało. Odganiając natrętną myśl, że to może być moja pierwsza i ostatnia jazda motorem, skupiłam się na ściskaniu kolanami siedzenia, żeby przypadkiem nie uderzyć w lusterka samochodów, które wyprzedzaliśmy. Nagle zamachał do nas żandarm. Zjechaliśmy na pobocze.
- Dokumenty proszę...prawo jazdy i tak dalej.
- Nie no, przecież ja nie mam prawa jazdy przy sobie- stwierdził wesoło znajomy z baru, a mnie kompletnie zatkało- Ale mam wszystkie dokumenty w domu, naprawdę. Tylko nie wziąłem, bo się spieszymy. Ona musi złapać samolot.
Żandarm zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Starałam się wyglądać tak niewinnie, jak mi na to pozwalał wielki kask i okulary przeciwsłoneczne.
- Wie pani, mademoiselle, że to niepoważne wsiadać na motor w szortach? Jak pani spadnie, to się pani totalnie poharata!
- No wiem, ale ja jadę na samolot- wyjaśniłam kompletnie bez sensu.
Żandarm westchnął ciężko, popatrzył na nas jeszcze raz i machnął ręką.
- Allez, jeźdzcie, jeźdzcie...Tylko żeby mi to było ostatni raz!
- Sympatyczny ten glina!- podsumował znajomy z baru, robiąc szaloną woltę na rondzie. Byłam zbyt zajęta utrzymywaniem się przy życiu, żeby odpowiedzieć.

W końcu dojechaliśmy do miejsca, skąd startowały wszystkie małe samolociki. Ledwo zwlokłam się z motoru i weszliśmy do pobliskiej knajpki, a już obsiadło nas pełno ludzi, którzy zaczęli się z nami witać. Jako że znajomych znajomego z baru już naprawdę nie ogarniam, nie starałam się nawet zorientować, kto jest kim. Entuzjastyczny starszy pan pocałował mnie, jak to Francuzi, w oba policzki:
- I co tam, dom już wykończony?
- Jaki dom?- zbaraniałam całkiem. Wiem już, że Jeff od ostryg z restauracją i Jeff od ostryg bez restauracji to dwie różne osoby, a Manu szef wynajmujący łódki to nie Manu najlepsza przyjaciółka...ale żebym miała dom do wykończenia?
- Jak to jaki? Wasz dom, przecież budowaliście?- zdziwił się starszy pan, wskazując na mnie i znajomego z baru.
- Aaaa, nie, nie, ja nie jestem żoną tego pana- połapałam się wreszcie- Ja tu tylko na samolot...
Starszemu panu zrobiło się tak głupio, że odszedł w przeciwnym kierunku ;p

Poznałam wreszcie pilota i wsiadłam do małego samolociku. Naprawdę małego.
- Nie wymiotować- ostrzegł uprzejmie, zapinając pasy- Bo wyrzucę przez okno.
Wystartowaliśmy i za chwilę lecieliśmy już nad oceanem, podziwiając wybrzeże i pobliskie wysepki. Pilot w pewnym momencie wyciągnął telefon (oczywiście iPhone'a) i zrobił nam zdjęcie, które wysłał panu tacie. Samolot w tym czasie spokojnie leciał sam.
- Patrz, jak tak zrobię, to będzie fajnie- rzucił nagle, po czym zanurkował samolotem i gwałtownie się podniósł- Podoba ci się?
- Nie bardzo- wykrztusiłam, powstrzymując atak mdłości- od tego się robi trochę niedobrze.
- No co ty! Nie robi się niedobrze!
Dałam spokój. Kłócenie się z pilotem, który gestykuluje obiema rękami 300 metrów nad ziemią nie ma większego sensu. Na szczęście więcej akrobacji nie było. Widoki zapierające dech w piersiach.

Wieczorem rozmowa z rodziną:
- Tutaj mają znajomego, który pilotuje takie małe samolociki...
- Jakie samolociki? Tylko do nich nie wsiadaj!
- Hmmm...

Jednak fajnie jest tak popracować w wakacje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz