sobota, 3 sierpnia 2013

Bretagne! Carnac! Trinité sur Mer!

Wreszcie na miejscu! Oto podsumowanie dnia wczorajszego (tak tak, wczorajszego, nie całego tygodnia).

Istnieją tacy ludzie, którzy potrafią pójść na "małą kawę" koło południa i przesiedzieć w restauracji/barze/innej knajpie cały Boży dzień. Jak to się dzieje? Najpierw jest kawa. Potem przychodzą znajomi, więc zamawia się drugą kawę. Potem jeszcze jedną, przecież nie będziemy siedzieć bez niczego. Następnie przychodzi czas na aperitif z małymi przekąskami. Później dochodzimy do wniosku, że przydałby się obiad, więc zmieniamy lokal (żeby nie było za nudno). Po obiedzie, do którego oczywiście jest wino, jemy deser i pijemy kawę, poprzednia była już dawno temu. I wreszcie na kolację jedziemy do knajpki serwującej owoce morza, gdzie pewne osoby przymusza się do zjedzenia żywego małża (spróbuj, spróbuj, jest pyszne!).
Ci ludzie to właśnie Francuzi. A w tym konkretnym przypadku- moi host parents i całe tabuny ich znajomych. Którzy żyją, żeby jeść, a nie na odwrót ;) Gdzie jest w tym czasie dziecko (swoją drogą słodkie, grzeczne i bezproblemowe)? A u dziadków..

Pomijając fakt, że za miesiąc będę ważyć 20 kilo więcej i wyląduję w AA, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego miejsca do pracy. Pracy, która, swoją drogą, jeszcze się nie zaczęła.

Bretagne, je t'aime!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz