niedziela, 23 lutego 2014

Wypady hulajnożne i hulajduszne

Tak, tak, wiem. Blog już ostatnio praktycznie przestał istnieć. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że dużo się działo, ale nie bardzo dało się z tego zrobić lekki materiał na blog podróżniczy. Wiem, to niewiele wyjaśnia. Więc zamiast wyjaśnień oświadczenie: I'm back! I będę tu zaglądać o wiele częściej. Obiecuję! :)

Także po kolei:

1) Praca: w tym tygodniu spuszczamy na nią zasłonę milczenia. Mam jeszcze całe 7, słownie siedem dni, kiedy nie muszę znosić niczyich humorów i obserwować na bieżąco paryskiej egzystencji tak zwanych uprzywilejowanych grup społecznych. Zamiast tego mogę spokojnie cieszyć się zwykłym życiem, co też niniejszym czynię.

2) Uczelnia: również mamy tydzień wakacji, ale tu sprawy mają się o wiele lepiej. Pierwszy semestr zaliczony, łącznie z esejem pisanym na wariata w pół godziny, żeby zdążyć na następny egzamin. Aktualnie zajęcia mają dwie zalety: taką, że są fajne i taką, że jest ich mało. Z dwoma weekendami w tygodniu czuję się jak, nie przymierzając, na KMT (ludzie z Sosnowca wiedzą, o co chodzi...i bez obrazy, ale pamiętacie te swoje wolne piątki przez całe życie! ;D) Tłumaczenia angielsko-francuskie i francusko-angielskie ćwiczą mózg i wyobraźnię, a wykładowcy doskonale odzwierciedlają mentalność poszczególnych kultur: prowadząca z językoznawstwa w połowie zajęć obraża się i wychodzi, żeby wrócić za 10 minut i przeprosić, że się obraziła (pochodzenie: południe Francji), na drugim językoznawstwie ciężka rozkmina na tablicy, jak zrobić transliterację francuskiego słowa po arabsku (pochodzenie: prawdopodobnie Maghreb) i wreszcie wykładowca na tłumaczeniach, w dyskusji z amerykańską studentką: Ja jestem z Irlandii! To tam, gdzie się mówi po angielsku tak, jak trzeba! ;p

3) Chór: wreszcie jest! Co prawda nie gospel, tylko klasyczny, ale ku mojemu zdziwieniu w ogóle mi to nie przeszkadza. The American Church in Paris, z panią pastor mówiącą kazania, dyrygentem odganiającym chórzystów od stolika z kawą, biało- zielonymi togami do śpiewania i tłumem ludzi z najróżniejszych krajów, przyciąga atmosferą akceptacji i ogólnego optymizmu. Mimo że to jeden z lepszych chórów, jakie tu słyszałam, nikt nawet nie sprawdził, czy umiem śpiewać. Uznali, że skoro tak mówię, to na pewno tak jest i powitali mnie radośnie w swoim gronie. Fakt, że w niedzielę budzę się o ósmej rano i lecę na próbę, mówi sam za siebie. Do tego wszystkiego przypomniałam sobie, jak się czyta nuty i zaczynam odgrzebywać swój klasyczny głos, zabity gwoździami i zakopany głęboko pod gospelem i popem. Ale chyba jeszcze gdzieś tam jest. Musi być, bo pod koniec marca mamy koncert z orkiestrą...na który niniejszym zapraszam wszystkich z Paryża i okolic ;)

4) Hulajnoga: bez wątpienia mój najlepszy zakup na całym Erasmusie. Pobija nawet książki i legginsy z wyprzedaży za 3,50. Hulajnoga to środek transportu szybki, lekki i uniwersalny. Dzięki niej odkryłam, że stacje metra dzieli niewielka odległość, a przemierzenie miasta z jednego "końca" rzeki na drugi wcale nie trwa tak długo. Można z nią wejść prawie wszędzie. Muzeum, bar, klub, kościół, księgarnia, sklep, autobus...próbowałam już chyba wszystkiego. Parę razy tylko musiałam ją odnieść do szatni (bo nie można tu wnosić pojazdów na kółkach) albo przesunąć (bo tu będzie szła procesja i biskup się zabije), a raz prawie się o nią wywalił osiemdziesięcioletni na oko pan z chóru (ale tylko się śmiał). Jeden upadek (nic takiego, trzeba uważać na odpływy chodnikowe) i o mało co jeden wypadek (nie zauważyłam pani stojącej naprzeciwko, ale na szczęście zdążyłam wyhamować). Poza tym, co mnie dość zaskoczyło, hulajnoga wzbudza całą gamę skrajnych emocji. Od zaciekawienia (zdjęcia i pytania, czy to elektyczne), poprzez zachwyt (ale super, daj pojeździć!) aż do dziwnych uśmieszków i spojrzeń w rodzaju: taka duża, a jeszcze się bawi. Nieważne. Hulajnogi są super. And that's my professional opinion.

5) Wycieczki: dobra, jeszcze nie ruszyliśmy się poza Francję. Ani nawet poza Paryż. Ale z takimi znajomymi jak moi nie da się nudzić ani przez chwilę. Okazało się, że do wspaniałej paryskiej Opery można się dostać za 20 euro i jeszcze siedzieć na miejscach, które normalnie kosztują sto. Na pchlim targu sprzedają meble jak za Napoleona, nie mówiąc już o wypchanych głowach antylop i ludzkich kościach (tak, pewnie to nielegalne, ale nikt się tym chyba nie przejmuje). W bibliotekach można przesiedzieć całe popołudnie i znaleźć inspirację do magisterki, w anglojęzycznych księgarniach od razu na wejście chcą ci robić kawę...no i zaliczyliśmy już chyba knajpki ze wszystkich krajów świata. A o imprezach nie ma co opowiadać...trzeba na nie przyjść ;p

Dużo się dzieje i Erasmus się rozkręca. Robi się coraz fajniej. Co dalej, nie wiadomo...ale na razie korzystam, póki mogę :)

Pozdrawiam parysko!