niedziela, 27 października 2013

Bretania: comeback

Szybka decyzja, szybka rezerwacja, pięć godzin samochodem z grupą bardzo gadatliwych Francuzów i voilà! Znów jestem w Bretanii!

Powiem tylko, że uwielbiam to miejsce i moją bretońską Rodzinkę. Nie tylko dlatego, że są kochani i zapraszają mnie tak po prostu na weekend, żebym miała parę dni wytchnienia. Również dlatego, że Carnac, Trinité sur Mer i inne pobliskie nadmorskie miejscowości to oaza spokoju i centrum zen. Nikt się nie spieszy, nikt nie dyskutuje o filozofii, gospodarce Stanów Zjednoczonych i teoriach literackich. Zamiast tego idziemy na wino, obiad do dziadków, owoce morza, a wieczorem oglądamy beznadziejnie głupie programy wszelkiej maści, leżąc na kanapach przed telewizorem. Słodkie nieróbstwo w czystej postaci. Nie licząc oczywiście wycieczek na Côte Sauvage w totalnym deszczu i przy rozbijających się o skały falach...po takich eskapadach trzeba zmienić garderobę, nawet jeżeli przyjechało się tylko w jednych spodniach. Plus okazjonalne zajmowanie się Małym...jutro zostajemy razem cały dzień. Ale w porównaniu z paryskimi potworkami to sama przyjemność.

Dla przypomnienia ducha Bretanii cytuję parę tekstów, które padły w rozmaitych okolicznościach:

Tata (z dumą, przy rodzinnym obiedzie): Wiecie, że ona wszystko rozumie? Po trzech latach nauki francuskiego! Wszystko, nawet żarty z piątym dnem!
Mama (rano, ubierając Małego): Jadłaś śniadanie? Na stole są te ciastka z czekoladą, które lubisz!
Dziadek (po kolacji): Następnym razem, jak przyjedziesz ich odwiedzić, wpadaj też do nas!
Tata (przy kolacji, wyjaśniając sytuację w swojej pracy): Bo wiecie, mamy samych starych klientów. No i rozumiecie, oni są starzy. A potem umierają i już klientów nie ma.
Mały (kiedy tylko znikam z horyzontu na pięć minut): Nana? Nana? Nana? (Nana to ja albo banan, w zależności od kontekstu).

Kolacje dalej trwają cztery, pięć godzin i składają się z czterech dań. Przedtem oczywiście bar, żeby się czegoś napić i niekończące się gadki ze znajomymi. Krewetki w dalszym ciągu ogromne, a zabawki Małego ciągle wydają nieziemskie odgłosy. Dzisiaj rano Tata z czystej złośliwości znalazł gadającą kurę z jajkami w środku, która będzie mnie pewnie jutro wkurzać cały dzień. Zaproponował nawet, że da mi ją do Paryża.

Poza tym pada tak, że mam wszystko mokre. Pozostaje mieć nadzieję, że buty i spodnie wyschną do jutra wieczorem. Jeżeli nie, Mama już wyposażyła mnie na tą okoliczność. Ludzie potrafią być niesamowici ;p

Reasumując: Bretania RZĄDZI! ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz