poniedziałek, 10 marca 2014

Wypady za miasto

Wiosna! Słońce! Ciepło!

Wakacje?

Nie całkiem...ale w końcu Erasmus to Erasmus. Wakacje są wtedy, kiedy na chwilę zamkniesz oczy i bardzo chcesz, żeby przyszły :D Nastał więc czas wyjazdów, wycieczek małych i dużych oraz imprez nad Sekwaną. Żyć, nie umierać!

Na początek ruszyliśmy się za granicę. Tak jakby...

- Jak było w Belgii? Jak było w Belgii? - rzucili się na mnie amerykańscy znajomi z chóru, kiedy tylko przestąpiłam próg kościoła. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Po niecałych dwóch dniach w tym małym kraiku płynącym piwem i czekoladą mogę co najwyżej wciągać pochopne wnioski. A są one następujące:

1) Ziiiiiimnooooo! deszcze i dreszcze! Dobra, wierzę na słowo znajomej, która przebywa tam na Erasmusie (btw: dziękujemy za gościnę!) - na pewno bywa tam cieplej. Może nawet kiedyś pojawia się słońce. Ale póki co czułam sie tam co najmniej jak w Kanadzie.

2) Surrealizm.  Zawsze i wszędzie. Domki w centrum każdy w innym stylu. Niepokojące rzeźby i grafitti...szczytem wszystkiego był Manneken-Pis, posąg sikającego chłopca, którego nie było widać spod włożonych na niego ubrań. Oprócz niego jest jeszcze sikająca dziewczynka i sikający pies. Pytanie, które samo ciśnie się na usta: ile można sikać? Sztuczne jezioro z pływającym po nim pelikanem. I tak dalej. Człowiek ma uczucie, że na każdym kroku ktoś robi go w konia.

3) Czekolada i piwo. Taaaak...tu nikt nie przesadzał. Specjalną fanką piwa nie jestem, ale dla każdego innego studenta jest to z całą pewnością raj. A czekolada...tego nie da się opisać. To trzeba zjeść. I najlepiej nie przyjeżdżać do tego kraju z kartą bankomatową, bo straty mogą być znaczne. Pokusa spróbowania wszystkich smaków czekolady na świecie jest po prostu zbyt silna.

Belgia jest więc krajem pewnych kontrastów, na które nikt zdaje się nie zwracać uwagi. Wycieczka była z całą pewnością interesująca. Drugi dzień upłynął nam w Louvain-la-Neuve, około sześćdziesięcioletnim miasteczku uniwersyteckim, zaludnionym praktycznie przez samych studentów. Okazało się, że po jego zwiedzeniu (które trwało jakieś dwie godziny) pozostaje tylko siedzieć w kuchni międzynarodowego akademika i uczyć się słówek na kolokwium, męcząc Belgów o doprecyzowanie, co to są oeufs pochés i czym się różnią od sadzonych. Okazuje się, że takie wyjaśnienia zapamiętuje się do końca życia ;)

A niedziela upłynęła nam za miastem. Jak rasowi paryżanie wybraliśmy się na łono natury: do Provins, średniowiecznego miasteczka na granicy Ile-de-France. I tym razem, jak prawdziwi studenci, wybraliśmy leżenie na trawce i słodkie nieróbstwo. Dobra, trochę pozwiedzaliśmy. Miejsce było wyjątkowo urokliwe. I wymarłe. Po paryskim tłoku miło było znaleźć się na ulicach, gdzie nie wpadasz co pięć sekund na ludzi pędzących z przeciwka. Klimat tego miasteczka rozluźniał. Podobnie jak inne piknikowe rzeczy, które zabraliśmy ze sobą ;p

Czuję się już prawie jak w lecie. Strach pomyśleć, co z nauką...dzisiaj wyszłam z kolokwium głównie dlatego, że za bardzo grzało na mnie słońce. Ale nic. Ogarniemy. Wygląda na to, że zaczyna się najfajniejszy erasmusowy czas. Come what may!