No dobra, jest to trochę w stylu tough love, ale to zdanie wygłaszam ostatnio do mojego Dziecka z pięćdziesiąt razy dziennie. Bo Dziecku się nie chce. Samemu wstać, wsadzić porządnie puzzla, wyciągnąć zabawki z pudełka, itp. Ale efekty są. Sam je (na to, jak przy tym potwornie ciaprze, spuszczam zasłonę milczenia), pije z kubeczka (przy okazji robi sobie prysznic) i sam wchodzi na swoją ciężarówkę (która się non stop przewraca, czasami razem z nim). Bywa ciężko, ale walczymy.
Swoją drogą, nie wiem, gdzie się podziały wszystkie zabawki, które nie mówią, nie grają i w ogóle nie wydają żadnych odgłosów. Marzę o stercie milczących pluszaków, i o nieświecących krzesłach. Absolutnym hitem są zabawki, które nie przestają gadać same do siebie, nawet wciśnięte w najciemniejszy kąt pudełka.
Kura wielkanocna, czyli wielkie, dziobate, turkusowe jajo skonstruowane w stylu babuszek (wkładasz jedno w drugie) już śni mi się po nocach. Szczęśliwe Dziecko wyciągnęło ją z pudełka i dało mi do potrzymania.
- Ale gdzie jest moja rodzina?- ożyła kura- Jestem taka samotna! Znajdź ich wszystkich!
Tak, niestety była pusta w środku. Usiłowałam ją wyłączyć- nic z tego, potem wyjąć baterie- bezskutecznie. Odłożyłam ją więc do pudełka i przykryłam drewnianym pociągiem. Mały zaczął się spokojnie bawić czymś innym, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Kooookokoko!- zagdakało z pudełka za dwie minuty- Dalej tu jestem!
No, przecież. Tylko nie miałam bladego pojęcia, gdzie są pozostałe jajka.
- Poszukamy dzieci kury?- zaproponowałam Małemu, starając się brzmieć zachęcająco. Popatrzył na mnie, po czym przyniósł pluszową chmurę z Ikei.
Cóż, zabrałam się więc sama do przestrząsania pudełka...niestety, nawet jak włożyłam do środka kury tylko największe jajo, ona nie dawała się nabrać i domagała się następnych, nie przestając wydawać dźwięków, od których pęka głowa. W końcu udało mi się znaleźć wszystkie "kurczątka"
- Dziękuję! Jesteśmy wszyscy razem!- doceniła mnie nareszcie kura, po czym zaczęła śpiewać piosenkę. Mały bił brawo, zachwycony nową zabawą. Po piosence wrzuciłam kurę do pudełka, posadziłam Dziecko przy cichej pluszowej farmie i z ulgą usiadłam na krześle.
- Jedziemy już?- odezwało się nagle pudełko- Wszyscy gotowi?
Tak, poza kurą jest jeszcze gadający traktor. I gadająca farma, gadająca krowa, gadający taboret oraz gadający telefon. A odkąd znalazłam wszystkie jajka, Mały przesłuchuje non stop piosenkę kury. Można zwariować. Właśnie dlatego najbardziej lubię spacery.
A wracając do tematu, radzić sobie musi nie tylko dziecko, ale ja też. Nikomu nie polecam chorowania i au-pair'owania jednocześnie, zwłaszcza jak zbliża się urlop i można by iść na plażę. Ale cała reszta idzie dobrze. Jazda samochodem nie jest tu horrorem, chociaż ciekawie jest znaleźć się na dobrej ulicy, ale jadąc w przeciwnym kierunku (orientacja w terenie ciągle jeszcze nie ta). Kontakty międzyludzkie super. Jedzenie też. Ale o tym następnym razem. Na razie uciekam na następną rundę karmienia...a raczej przyglądania się, jak Dziecko je i powtarzania non stop: "Nie bierz tyle na łyżeczkę. Tylko trochę. Nie za dużo. Nie, za dużo. Taaaak!"
Kompot i jogurt. Oj, będzie rzeź.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz