Wiosna! Słońce! Ciepło!
Wakacje?
Nie całkiem...ale w końcu Erasmus to Erasmus. Wakacje są wtedy, kiedy na chwilę zamkniesz oczy i bardzo chcesz, żeby przyszły :D Nastał więc czas wyjazdów, wycieczek małych i dużych oraz imprez nad Sekwaną. Żyć, nie umierać!
Na początek ruszyliśmy się za granicę. Tak jakby...
- Jak było w Belgii? Jak było w Belgii? - rzucili się na mnie amerykańscy znajomi z chóru, kiedy tylko przestąpiłam próg kościoła. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Po niecałych dwóch dniach w tym małym kraiku płynącym piwem i czekoladą mogę co najwyżej wciągać pochopne wnioski. A są one następujące:
1) Ziiiiiimnooooo! deszcze i dreszcze! Dobra, wierzę na słowo znajomej, która przebywa tam na Erasmusie (btw: dziękujemy za gościnę!) - na pewno bywa tam cieplej. Może nawet kiedyś pojawia się słońce. Ale póki co czułam sie tam co najmniej jak w Kanadzie.
2) Surrealizm. Zawsze i wszędzie. Domki w centrum każdy w innym stylu. Niepokojące rzeźby i grafitti...szczytem wszystkiego był Manneken-Pis, posąg sikającego chłopca, którego nie było widać spod włożonych na niego ubrań. Oprócz niego jest jeszcze sikająca dziewczynka i sikający pies. Pytanie, które samo ciśnie się na usta: ile można sikać? Sztuczne jezioro z pływającym po nim pelikanem. I tak dalej. Człowiek ma uczucie, że na każdym kroku ktoś robi go w konia.
3) Czekolada i piwo. Taaaak...tu nikt nie przesadzał. Specjalną fanką piwa nie jestem, ale dla każdego innego studenta jest to z całą pewnością raj. A czekolada...tego nie da się opisać. To trzeba zjeść. I najlepiej nie przyjeżdżać do tego kraju z kartą bankomatową, bo straty mogą być znaczne. Pokusa spróbowania wszystkich smaków czekolady na świecie jest po prostu zbyt silna.
Belgia jest więc krajem pewnych kontrastów, na które nikt zdaje się nie zwracać uwagi. Wycieczka była z całą pewnością interesująca. Drugi dzień upłynął nam w Louvain-la-Neuve, około sześćdziesięcioletnim miasteczku uniwersyteckim, zaludnionym praktycznie przez samych studentów. Okazało się, że po jego zwiedzeniu (które trwało jakieś dwie godziny) pozostaje tylko siedzieć w kuchni międzynarodowego akademika i uczyć się słówek na kolokwium, męcząc Belgów o doprecyzowanie, co to są oeufs pochés i czym się różnią od sadzonych. Okazuje się, że takie wyjaśnienia zapamiętuje się do końca życia ;)
A niedziela upłynęła nam za miastem. Jak rasowi paryżanie wybraliśmy się na łono natury: do Provins, średniowiecznego miasteczka na granicy Ile-de-France. I tym razem, jak prawdziwi studenci, wybraliśmy leżenie na trawce i słodkie nieróbstwo. Dobra, trochę pozwiedzaliśmy. Miejsce było wyjątkowo urokliwe. I wymarłe. Po paryskim tłoku miło było znaleźć się na ulicach, gdzie nie wpadasz co pięć sekund na ludzi pędzących z przeciwka. Klimat tego miasteczka rozluźniał. Podobnie jak inne piknikowe rzeczy, które zabraliśmy ze sobą ;p
Czuję się już prawie jak w lecie. Strach pomyśleć, co z nauką...dzisiaj wyszłam z kolokwium głównie dlatego, że za bardzo grzało na mnie słońce. Ale nic. Ogarniemy. Wygląda na to, że zaczyna się najfajniejszy erasmusowy czas. Come what may!
poniedziałek, 10 marca 2014
niedziela, 23 lutego 2014
Wypady hulajnożne i hulajduszne
Tak, tak, wiem. Blog już ostatnio praktycznie przestał istnieć. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że dużo się działo, ale nie bardzo dało się z tego zrobić lekki materiał na blog podróżniczy. Wiem, to niewiele wyjaśnia. Więc zamiast wyjaśnień oświadczenie: I'm back! I będę tu zaglądać o wiele częściej. Obiecuję! :)
Także po kolei:
1) Praca: w tym tygodniu spuszczamy na nią zasłonę milczenia. Mam jeszcze całe 7, słownie siedem dni, kiedy nie muszę znosić niczyich humorów i obserwować na bieżąco paryskiej egzystencji tak zwanych uprzywilejowanych grup społecznych. Zamiast tego mogę spokojnie cieszyć się zwykłym życiem, co też niniejszym czynię.
2) Uczelnia: również mamy tydzień wakacji, ale tu sprawy mają się o wiele lepiej. Pierwszy semestr zaliczony, łącznie z esejem pisanym na wariata w pół godziny, żeby zdążyć na następny egzamin. Aktualnie zajęcia mają dwie zalety: taką, że są fajne i taką, że jest ich mało. Z dwoma weekendami w tygodniu czuję się jak, nie przymierzając, na KMT (ludzie z Sosnowca wiedzą, o co chodzi...i bez obrazy, ale pamiętacie te swoje wolne piątki przez całe życie! ;D) Tłumaczenia angielsko-francuskie i francusko-angielskie ćwiczą mózg i wyobraźnię, a wykładowcy doskonale odzwierciedlają mentalność poszczególnych kultur: prowadząca z językoznawstwa w połowie zajęć obraża się i wychodzi, żeby wrócić za 10 minut i przeprosić, że się obraziła (pochodzenie: południe Francji), na drugim językoznawstwie ciężka rozkmina na tablicy, jak zrobić transliterację francuskiego słowa po arabsku (pochodzenie: prawdopodobnie Maghreb) i wreszcie wykładowca na tłumaczeniach, w dyskusji z amerykańską studentką: Ja jestem z Irlandii! To tam, gdzie się mówi po angielsku tak, jak trzeba! ;p
3) Chór: wreszcie jest! Co prawda nie gospel, tylko klasyczny, ale ku mojemu zdziwieniu w ogóle mi to nie przeszkadza. The American Church in Paris, z panią pastor mówiącą kazania, dyrygentem odganiającym chórzystów od stolika z kawą, biało- zielonymi togami do śpiewania i tłumem ludzi z najróżniejszych krajów, przyciąga atmosferą akceptacji i ogólnego optymizmu. Mimo że to jeden z lepszych chórów, jakie tu słyszałam, nikt nawet nie sprawdził, czy umiem śpiewać. Uznali, że skoro tak mówię, to na pewno tak jest i powitali mnie radośnie w swoim gronie. Fakt, że w niedzielę budzę się o ósmej rano i lecę na próbę, mówi sam za siebie. Do tego wszystkiego przypomniałam sobie, jak się czyta nuty i zaczynam odgrzebywać swój klasyczny głos, zabity gwoździami i zakopany głęboko pod gospelem i popem. Ale chyba jeszcze gdzieś tam jest. Musi być, bo pod koniec marca mamy koncert z orkiestrą...na który niniejszym zapraszam wszystkich z Paryża i okolic ;)
4) Hulajnoga: bez wątpienia mój najlepszy zakup na całym Erasmusie. Pobija nawet książki i legginsy z wyprzedaży za 3,50. Hulajnoga to środek transportu szybki, lekki i uniwersalny. Dzięki niej odkryłam, że stacje metra dzieli niewielka odległość, a przemierzenie miasta z jednego "końca" rzeki na drugi wcale nie trwa tak długo. Można z nią wejść prawie wszędzie. Muzeum, bar, klub, kościół, księgarnia, sklep, autobus...próbowałam już chyba wszystkiego. Parę razy tylko musiałam ją odnieść do szatni (bo nie można tu wnosić pojazdów na kółkach) albo przesunąć (bo tu będzie szła procesja i biskup się zabije), a raz prawie się o nią wywalił osiemdziesięcioletni na oko pan z chóru (ale tylko się śmiał). Jeden upadek (nic takiego, trzeba uważać na odpływy chodnikowe) i o mało co jeden wypadek (nie zauważyłam pani stojącej naprzeciwko, ale na szczęście zdążyłam wyhamować). Poza tym, co mnie dość zaskoczyło, hulajnoga wzbudza całą gamę skrajnych emocji. Od zaciekawienia (zdjęcia i pytania, czy to elektyczne), poprzez zachwyt (ale super, daj pojeździć!) aż do dziwnych uśmieszków i spojrzeń w rodzaju: taka duża, a jeszcze się bawi. Nieważne. Hulajnogi są super. And that's my professional opinion.
5) Wycieczki: dobra, jeszcze nie ruszyliśmy się poza Francję. Ani nawet poza Paryż. Ale z takimi znajomymi jak moi nie da się nudzić ani przez chwilę. Okazało się, że do wspaniałej paryskiej Opery można się dostać za 20 euro i jeszcze siedzieć na miejscach, które normalnie kosztują sto. Na pchlim targu sprzedają meble jak za Napoleona, nie mówiąc już o wypchanych głowach antylop i ludzkich kościach (tak, pewnie to nielegalne, ale nikt się tym chyba nie przejmuje). W bibliotekach można przesiedzieć całe popołudnie i znaleźć inspirację do magisterki, w anglojęzycznych księgarniach od razu na wejście chcą ci robić kawę...no i zaliczyliśmy już chyba knajpki ze wszystkich krajów świata. A o imprezach nie ma co opowiadać...trzeba na nie przyjść ;p
Dużo się dzieje i Erasmus się rozkręca. Robi się coraz fajniej. Co dalej, nie wiadomo...ale na razie korzystam, póki mogę :)
Pozdrawiam parysko!
Także po kolei:
1) Praca: w tym tygodniu spuszczamy na nią zasłonę milczenia. Mam jeszcze całe 7, słownie siedem dni, kiedy nie muszę znosić niczyich humorów i obserwować na bieżąco paryskiej egzystencji tak zwanych uprzywilejowanych grup społecznych. Zamiast tego mogę spokojnie cieszyć się zwykłym życiem, co też niniejszym czynię.
2) Uczelnia: również mamy tydzień wakacji, ale tu sprawy mają się o wiele lepiej. Pierwszy semestr zaliczony, łącznie z esejem pisanym na wariata w pół godziny, żeby zdążyć na następny egzamin. Aktualnie zajęcia mają dwie zalety: taką, że są fajne i taką, że jest ich mało. Z dwoma weekendami w tygodniu czuję się jak, nie przymierzając, na KMT (ludzie z Sosnowca wiedzą, o co chodzi...i bez obrazy, ale pamiętacie te swoje wolne piątki przez całe życie! ;D) Tłumaczenia angielsko-francuskie i francusko-angielskie ćwiczą mózg i wyobraźnię, a wykładowcy doskonale odzwierciedlają mentalność poszczególnych kultur: prowadząca z językoznawstwa w połowie zajęć obraża się i wychodzi, żeby wrócić za 10 minut i przeprosić, że się obraziła (pochodzenie: południe Francji), na drugim językoznawstwie ciężka rozkmina na tablicy, jak zrobić transliterację francuskiego słowa po arabsku (pochodzenie: prawdopodobnie Maghreb) i wreszcie wykładowca na tłumaczeniach, w dyskusji z amerykańską studentką: Ja jestem z Irlandii! To tam, gdzie się mówi po angielsku tak, jak trzeba! ;p
3) Chór: wreszcie jest! Co prawda nie gospel, tylko klasyczny, ale ku mojemu zdziwieniu w ogóle mi to nie przeszkadza. The American Church in Paris, z panią pastor mówiącą kazania, dyrygentem odganiającym chórzystów od stolika z kawą, biało- zielonymi togami do śpiewania i tłumem ludzi z najróżniejszych krajów, przyciąga atmosferą akceptacji i ogólnego optymizmu. Mimo że to jeden z lepszych chórów, jakie tu słyszałam, nikt nawet nie sprawdził, czy umiem śpiewać. Uznali, że skoro tak mówię, to na pewno tak jest i powitali mnie radośnie w swoim gronie. Fakt, że w niedzielę budzę się o ósmej rano i lecę na próbę, mówi sam za siebie. Do tego wszystkiego przypomniałam sobie, jak się czyta nuty i zaczynam odgrzebywać swój klasyczny głos, zabity gwoździami i zakopany głęboko pod gospelem i popem. Ale chyba jeszcze gdzieś tam jest. Musi być, bo pod koniec marca mamy koncert z orkiestrą...na który niniejszym zapraszam wszystkich z Paryża i okolic ;)
4) Hulajnoga: bez wątpienia mój najlepszy zakup na całym Erasmusie. Pobija nawet książki i legginsy z wyprzedaży za 3,50. Hulajnoga to środek transportu szybki, lekki i uniwersalny. Dzięki niej odkryłam, że stacje metra dzieli niewielka odległość, a przemierzenie miasta z jednego "końca" rzeki na drugi wcale nie trwa tak długo. Można z nią wejść prawie wszędzie. Muzeum, bar, klub, kościół, księgarnia, sklep, autobus...próbowałam już chyba wszystkiego. Parę razy tylko musiałam ją odnieść do szatni (bo nie można tu wnosić pojazdów na kółkach) albo przesunąć (bo tu będzie szła procesja i biskup się zabije), a raz prawie się o nią wywalił osiemdziesięcioletni na oko pan z chóru (ale tylko się śmiał). Jeden upadek (nic takiego, trzeba uważać na odpływy chodnikowe) i o mało co jeden wypadek (nie zauważyłam pani stojącej naprzeciwko, ale na szczęście zdążyłam wyhamować). Poza tym, co mnie dość zaskoczyło, hulajnoga wzbudza całą gamę skrajnych emocji. Od zaciekawienia (zdjęcia i pytania, czy to elektyczne), poprzez zachwyt (ale super, daj pojeździć!) aż do dziwnych uśmieszków i spojrzeń w rodzaju: taka duża, a jeszcze się bawi. Nieważne. Hulajnogi są super. And that's my professional opinion.
5) Wycieczki: dobra, jeszcze nie ruszyliśmy się poza Francję. Ani nawet poza Paryż. Ale z takimi znajomymi jak moi nie da się nudzić ani przez chwilę. Okazało się, że do wspaniałej paryskiej Opery można się dostać za 20 euro i jeszcze siedzieć na miejscach, które normalnie kosztują sto. Na pchlim targu sprzedają meble jak za Napoleona, nie mówiąc już o wypchanych głowach antylop i ludzkich kościach (tak, pewnie to nielegalne, ale nikt się tym chyba nie przejmuje). W bibliotekach można przesiedzieć całe popołudnie i znaleźć inspirację do magisterki, w anglojęzycznych księgarniach od razu na wejście chcą ci robić kawę...no i zaliczyliśmy już chyba knajpki ze wszystkich krajów świata. A o imprezach nie ma co opowiadać...trzeba na nie przyjść ;p
Dużo się dzieje i Erasmus się rozkręca. Robi się coraz fajniej. Co dalej, nie wiadomo...ale na razie korzystam, póki mogę :)
Pozdrawiam parysko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)