Wydawać by się mogło, że Paryż i próba przetrwania w miejskiej dżungli, tzn. dojechanie
z punktu A do punktu B z pięcioma przesiadkami i pomyleniem kierunku metra oraz wejście do właściwego (dzięki Bogu!) pociągu, jest już wystarczającym probierzem umiejętności przystosowawczych. Jednak okazuje się, że schody zaczynają się w miejscach, w których
nie ma nie tylko metra, ale nawet dworca kolejowego...
Takim miejscem jest właśnie Carnac w Bretanii, krainie menhirów, dolmenów i kromlechów, czyli ogromnych głazów porozstawianych dawno temu, nie wiadomo przez kogo
i nie wiadomo do końca po co. Ale nie szkodzi...ważne, że tworzą klimat. I w tymże klimacie, plus morze, plaża i żaglówki, będę przez miesiąc zajmować się uroczym półtorarocznym maluchem. Przez internet wszystko wydaje się idealne, zwłaszcza w porównaniu do zeszłego roku. Zero kur, zero kogutów, zero wstawania na siódmą rano i przysypiania w salonie rodziny pod płaszczem zimowym host mom, kiedy dziecko jeszcze śpi. Co więcej, dziecko jest w takim rozmiarze, że zawsze można je podnieść i odłożyć w bezpieczne miejsce, kiedy sytuacja wymknie się spod kontroli. W teorii- żyć, nie umierać! Prawie wakacje!
W praktyce...zobaczymy.
Nie wierzę, żeby przez ten cały miesiąc, a potem przez prawie rok w Paryżu (nareszcie Erasmus!), nie wydarzyło się nic dziwnego i śmiesznego, o czym warto by napisać.
Więc w oczekiwaniu na te wszystkie sytuacje, które zszargają mi i tak już skołatane nerwy oraz pozostawią niezapomniane wspomnienia, zostawiam Was z piosenką o podróży. Co ma wspólnego wsysanie przez jakąś czarną dziurę w garażu z moimi eskapadami, pozostawiam do refleksji...
A bientôt!

