Kto zgadnie, co robiłam dzisiaj rano? Dzisiejszego pięknego, słonecznego paryskiego poranka, przed zajęciami? Spałam, jak to zwykle robię, kiedy tylko mam szansę? Byłam na romantycznym spacerze nad Sekwaną? Otóż nie. Dzisiaj rano, proszę państwa, na dobry początek tygodnia, pojechałam na drugi koniec miasta do sklepu z bronią, prowadzonego przez smutnego pana i jego równie apatycznego buldoga. I tam właśnie kupiłam gaz pieprzowy.
Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.
Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!
A tymczasem w pracy:
Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?
...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.
Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz