Kto zgadnie, co robiłam dzisiaj rano? Dzisiejszego pięknego, słonecznego paryskiego poranka, przed zajęciami? Spałam, jak to zwykle robię, kiedy tylko mam szansę? Byłam na romantycznym spacerze nad Sekwaną? Otóż nie. Dzisiaj rano, proszę państwa, na dobry początek tygodnia, pojechałam na drugi koniec miasta do sklepu z bronią, prowadzonego przez smutnego pana i jego równie apatycznego buldoga. I tam właśnie kupiłam gaz pieprzowy.
Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.
Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!
A tymczasem w pracy:
Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?
...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.
Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.
poniedziałek, 7 października 2013
piątek, 27 września 2013
Run, baby, run!
Dlaczego paryżanie mają obsesję na punkcie planowania? Dlaczego nie mogą usiedzieć pięciu minut (chyba że przy jedzeniu) i non stop gdzieś latają? Już zrozumiałam. Życie w Paryżu jest jak nie dająca się wyłączyć bieżnia- albo cały czas przebierasz nogami, albo wypadasz z gry.
Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.
Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!
Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.
A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.
Oooook.
Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.
Ale na razie biegnę dalej :)
Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.
Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!
Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.
A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.
Oooook.
Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.
Ale na razie biegnę dalej :)
poniedziałek, 16 września 2013
Problèmes, problèmes...
Zwykle jestem uosobieniem stoickiego spokoju i umiarkowania w wyrażaniu negatywnych opinii. Ale dzisiaj robię sobie karnawał od politycznej poprawności.
Paryżanie doprowadzają mnie do rozpaczy i szewskiej pasji jednocześnie.
Po pierwsze - uniwersytecka biurokracja. Nie wiem, jak oni sami odnajdują się w tej stercie papierkowej roboty. Może się zresztą nie odnajdują, bo zajęcia zaczynają się za tydzień, a nie ma jeszcze nawet godzin wszystkich seminariów magisterskich. Zapisywanie się na cokolwiek trwa pół dnia. I kolejki. Wszędzie kolejki. Nie mają końca.
Po drugie - paryska rodzina. Z Ojcem-Właścicielem, większością dzieci (to zależy od dnia) i rosyjskimi dziadkami dogaduję się w miarę dobrze. Ale Mama-Zołza to mało powiedziane.
Nie wiem, po co mieć dzieci, skoro cały czas zajmuje się nimi ktoś inny. Nie wiem, po co kazać mi przychodzić w poniedziałki i zostawać do wieczora, skoro w poniedziałki ma wolne. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, kiedy dzieci siedzą w kuchni i jedzą kolację. Jeszcze nikt nie podał mi w tym domu szklanki wody...brzmi jak cytat z kawału, ale taka jest prawda. Duże pole do socjologicznych obserwacji- to jedno. Poczucie, że jest się traktowanym z dużą dozą wyższości i pogardy- to drugie. Poza tym zostałam dzisiaj poinformowana, że we wtorki rano muszę odprowadzać dzieci do szkoły.
-Jakie zajęcia? Na ósmą rano? No cóż, tym gorzej dla pani. Co za uniwersytet robi zajęcia od ósmej rano?
Coś takiego jak ustalanie rzeczy wcześniej chyba nie mieści się w tutejszych normach.
A poza tym wszystkim...leje. Ciągle. O zmroku wracałam do domu, nie zwracając już uwagi na swoje przesiąknięte wodą buty i ogólnie zachwycający image zmokłej kury. Dawno nie miałam tak podłego humoru. Paryż, moje miasto przygód, świateł i wychylających się z każdego rogu księgarni, odwracał się do mnie plecami. Nic nie szło łatwo. Na każdym kroku piętrzyły się problemy. I jeszcze ten deszcz. Postanowiłam, że jeżeli następnego dnia też będzie tak lało, wstąpię do najbliższego sklepu, kupię młot pneumatyczny i rozwalę jakiś zabytek.
- Mademoiselle?- usłyszałam nagle z tyłu. Dobrze, że nie byłam jeszcze uzbrojona. Ale miałam ochotę zrobić użytek z obu nóg. Opanowałam się jednak.
- Oui, monsieur?
- Czy mógłbym pani zaoferować swój parasol? Strasznie pani zmokła...
- Już chyba bardziej nie zmoknę- zawahałam się, ale w końcu machnęłam ręką. Za dosłownie 30 sekund przestało padać.
Paryżanie są wkurzający. Mają kompleks Boga i uważają się za pępek świata. Ale trzeba im przyznać, że czasem umieją poprawić człowiekowi humor. Pan z parasolem pomachał mi i wszedł do swojej kamienicy. Wybuchnęłam śmiechem na widok swojego zmokłego odbicia w witrynie sklepowej, po czym za chwilę też byłam już w domu. Za parę godzin doszłam do wniosku, że paryskie życie jest do ogarnięcia. Może. Miejmy nadzieję. Tylko trzeba czasu, słońca i chwili na zebranie myśli.
Coś jednak wisi w powietrzu z tymi stalkerami...
Paryżanie doprowadzają mnie do rozpaczy i szewskiej pasji jednocześnie.
Po pierwsze - uniwersytecka biurokracja. Nie wiem, jak oni sami odnajdują się w tej stercie papierkowej roboty. Może się zresztą nie odnajdują, bo zajęcia zaczynają się za tydzień, a nie ma jeszcze nawet godzin wszystkich seminariów magisterskich. Zapisywanie się na cokolwiek trwa pół dnia. I kolejki. Wszędzie kolejki. Nie mają końca.
Po drugie - paryska rodzina. Z Ojcem-Właścicielem, większością dzieci (to zależy od dnia) i rosyjskimi dziadkami dogaduję się w miarę dobrze. Ale Mama-Zołza to mało powiedziane.
Nie wiem, po co mieć dzieci, skoro cały czas zajmuje się nimi ktoś inny. Nie wiem, po co kazać mi przychodzić w poniedziałki i zostawać do wieczora, skoro w poniedziałki ma wolne. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, kiedy dzieci siedzą w kuchni i jedzą kolację. Jeszcze nikt nie podał mi w tym domu szklanki wody...brzmi jak cytat z kawału, ale taka jest prawda. Duże pole do socjologicznych obserwacji- to jedno. Poczucie, że jest się traktowanym z dużą dozą wyższości i pogardy- to drugie. Poza tym zostałam dzisiaj poinformowana, że we wtorki rano muszę odprowadzać dzieci do szkoły.
-Jakie zajęcia? Na ósmą rano? No cóż, tym gorzej dla pani. Co za uniwersytet robi zajęcia od ósmej rano?
Coś takiego jak ustalanie rzeczy wcześniej chyba nie mieści się w tutejszych normach.
A poza tym wszystkim...leje. Ciągle. O zmroku wracałam do domu, nie zwracając już uwagi na swoje przesiąknięte wodą buty i ogólnie zachwycający image zmokłej kury. Dawno nie miałam tak podłego humoru. Paryż, moje miasto przygód, świateł i wychylających się z każdego rogu księgarni, odwracał się do mnie plecami. Nic nie szło łatwo. Na każdym kroku piętrzyły się problemy. I jeszcze ten deszcz. Postanowiłam, że jeżeli następnego dnia też będzie tak lało, wstąpię do najbliższego sklepu, kupię młot pneumatyczny i rozwalę jakiś zabytek.
- Mademoiselle?- usłyszałam nagle z tyłu. Dobrze, że nie byłam jeszcze uzbrojona. Ale miałam ochotę zrobić użytek z obu nóg. Opanowałam się jednak.
- Oui, monsieur?
- Czy mógłbym pani zaoferować swój parasol? Strasznie pani zmokła...
- Już chyba bardziej nie zmoknę- zawahałam się, ale w końcu machnęłam ręką. Za dosłownie 30 sekund przestało padać.
Paryżanie są wkurzający. Mają kompleks Boga i uważają się za pępek świata. Ale trzeba im przyznać, że czasem umieją poprawić człowiekowi humor. Pan z parasolem pomachał mi i wszedł do swojej kamienicy. Wybuchnęłam śmiechem na widok swojego zmokłego odbicia w witrynie sklepowej, po czym za chwilę też byłam już w domu. Za parę godzin doszłam do wniosku, że paryskie życie jest do ogarnięcia. Może. Miejmy nadzieję. Tylko trzeba czasu, słońca i chwili na zebranie myśli.
Coś jednak wisi w powietrzu z tymi stalkerami...
niedziela, 15 września 2013
Bezpieczna dzielnica
No tak. Paryż. Jedyne, o czym marzyłam przez ostatni rok. Jak już będę w Paryżu, to zobaczę tyle rzeczy, poznam tylu ludzi, pójdę w tyle miejsc i tak dalej. Cały czas w ruchu i cały czas na wysokich obrotach.
Rzeczywistość, jak zwykle, zweryfikowała trochę moje zapędy. Ostatni tydzień pracy i latania po uczelni w celu załatwienia wszystkich papierków świata (a wygląda na to, że to dopiero początek...) zmęczył mnie tak, że całą sobotę przesiedziałam w mieszkanku, nagrywając piosenki. Na dodatek od mojego przyjazdu pogoda wydaje się zachęcać do myśli samobójczych. Non stop leje.
"Własne" mieszkanko ma wiele zalet. Np. takie, że jest się samemu. Ma też wiele wad. Np. takie, że jest się samemu. Ciągle. Teoretycznie nie powinnam narzekać tu na samotność, bo mam w mieście co najmniej piątkę znajomych, na których mogę liczyć, plus zawsze mogę wykonać awaryjny telefon do Rodzinki z Bretanii ;) Ale dopiero teraz zorientowałam się, jak to jest, kiedy rodzina została w Polsce, a wszystkie współlokatorki rozjechały się za granicę (do Anglii albo do Sosnowca ;p). Pewnie musi minąć pierwszy etap przystosowywania się, zanim uznam tą sytuację za normalną.
Póki co postanowiłam iść wreszcie na imprezę ze znajomymi. W końcu jestem w Paryżu. I jest weekend. Schodzenie po drewnianych schodkach na obcasach to chyba trudniejsza rzecz niż wspinaczka górska.
Impreza jak impreza...odwiedziliśmy parę ciekawych miejsc. Klub, w którym byliśmy jedynymi białymi, zrobił na mnie duże wrażenie. Chyba zrozumiałam, jak muszą się czuć czarnoskórzy w Polsce...jak pod ciągłym obstrzałem. Ale dobrze wiedzieć, że w Paryżu można znaleźć kawałki Afryki ;)
Nie odważyliśmy się wejść do klubu, który wyglądał jak dżungla....baliśmy się, że już stamtąd nie wyjdziemy ;p Za jakąś godzinę pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się do różnych linii metra.
Niestety nie mam stacji blisko siebie, więc o drugiej w nocy, w rzęsistym deszczu, maszerowałam raźno w drodze do domu. Na ulicy nie było żywej duszy.
- Dobry wieczór- spod ziemi wyrósł nagle zwyczajnie wyglądający czarnoskóry pan, na oko czterdziestoletni.
- Dobry wieczór- odpowiedziałam odruchowo. Francuska uprzejmość najwyraźniej już weszła mi w nawyk. Przyspieszyłam kroku.
- Co tam u ciebie?- kontynuował facet, niezrażony- Wracasz z imprezy czy od znajomych? Spędziłaś miły wieczór? Daleko mieszkasz?
- Tak, bardzo daleko- stwierdziłam ostrożnie, unikając kontaktu wzrokowego i wypatrując gorączkowo jakiejkolwiek otwartej knajpy czy sklepu. Nie zdążyłam się nawet zbytnio zdenerwować. Gdyby nie pora, sytuacja w ogóle nie wydałaby mi się dziwna- zwykła francuska wymiana zdań z nieznajomym człowiekiem. Ale była druga w nocy. A ulica, jak przedtem, świeciła pustkami. Facet nie przestawał maszerować obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku.
- Przepraszam pana, ale naprawdę bardzo się spieszę.
- Awww. Pewnie jesteś zmęczona. Ale wiesz, nie powinnaś zamykać oczu, jak pójdziesz spać. Masz takie cudowne oczy.
Logika tego rozumowania zwaliła mnie z nóg, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Modląc się, żeby facet nie poszedł za mną do domu, przyspieszyłam tak, że już prawie biegłam.
- Aaaa...-połapał się dżentelmen- Chcesz może, żebym cię zostawił?
- Bardzo bym pana prosiła.
- No dobrze, skoro sprawię ci tym przyjemność...Miłego wieczoru w takim razie!
Paryscy stalkerzy. Nawet oni są uprzejmi.
Pierwsza zasada, kiedy masz wrażenie, że ktoś cię śledzi- iść pewnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Zwolniłam dopiero przed jakąś oświetloną restauracją, gdzie arabski kelner zamiatał plac.
- Cześć!- zawołał na mój widok- Wracasz do domu? Żartujesz chyba! Jest sobota wieczorem, trzeba iść na imprezę!
Zwątpiłam. Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęłam od środka drzwi mojej kamienicy.
Dzisiaj już nie pada. Może pójdę sobie na spacer po Dzielnicy Łacińskiej.
W świetle dnia.
I może kupię gaz pieprzowy. Na wypadek, gdyby następny stalker nie okazał się Francuzem.
Rzeczywistość, jak zwykle, zweryfikowała trochę moje zapędy. Ostatni tydzień pracy i latania po uczelni w celu załatwienia wszystkich papierków świata (a wygląda na to, że to dopiero początek...) zmęczył mnie tak, że całą sobotę przesiedziałam w mieszkanku, nagrywając piosenki. Na dodatek od mojego przyjazdu pogoda wydaje się zachęcać do myśli samobójczych. Non stop leje.
"Własne" mieszkanko ma wiele zalet. Np. takie, że jest się samemu. Ma też wiele wad. Np. takie, że jest się samemu. Ciągle. Teoretycznie nie powinnam narzekać tu na samotność, bo mam w mieście co najmniej piątkę znajomych, na których mogę liczyć, plus zawsze mogę wykonać awaryjny telefon do Rodzinki z Bretanii ;) Ale dopiero teraz zorientowałam się, jak to jest, kiedy rodzina została w Polsce, a wszystkie współlokatorki rozjechały się za granicę (do Anglii albo do Sosnowca ;p). Pewnie musi minąć pierwszy etap przystosowywania się, zanim uznam tą sytuację za normalną.
Póki co postanowiłam iść wreszcie na imprezę ze znajomymi. W końcu jestem w Paryżu. I jest weekend. Schodzenie po drewnianych schodkach na obcasach to chyba trudniejsza rzecz niż wspinaczka górska.
Impreza jak impreza...odwiedziliśmy parę ciekawych miejsc. Klub, w którym byliśmy jedynymi białymi, zrobił na mnie duże wrażenie. Chyba zrozumiałam, jak muszą się czuć czarnoskórzy w Polsce...jak pod ciągłym obstrzałem. Ale dobrze wiedzieć, że w Paryżu można znaleźć kawałki Afryki ;)
Nie odważyliśmy się wejść do klubu, który wyglądał jak dżungla....baliśmy się, że już stamtąd nie wyjdziemy ;p Za jakąś godzinę pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się do różnych linii metra.
Niestety nie mam stacji blisko siebie, więc o drugiej w nocy, w rzęsistym deszczu, maszerowałam raźno w drodze do domu. Na ulicy nie było żywej duszy.
- Dobry wieczór- spod ziemi wyrósł nagle zwyczajnie wyglądający czarnoskóry pan, na oko czterdziestoletni.
- Dobry wieczór- odpowiedziałam odruchowo. Francuska uprzejmość najwyraźniej już weszła mi w nawyk. Przyspieszyłam kroku.
- Co tam u ciebie?- kontynuował facet, niezrażony- Wracasz z imprezy czy od znajomych? Spędziłaś miły wieczór? Daleko mieszkasz?
- Tak, bardzo daleko- stwierdziłam ostrożnie, unikając kontaktu wzrokowego i wypatrując gorączkowo jakiejkolwiek otwartej knajpy czy sklepu. Nie zdążyłam się nawet zbytnio zdenerwować. Gdyby nie pora, sytuacja w ogóle nie wydałaby mi się dziwna- zwykła francuska wymiana zdań z nieznajomym człowiekiem. Ale była druga w nocy. A ulica, jak przedtem, świeciła pustkami. Facet nie przestawał maszerować obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku.
- Przepraszam pana, ale naprawdę bardzo się spieszę.
- Awww. Pewnie jesteś zmęczona. Ale wiesz, nie powinnaś zamykać oczu, jak pójdziesz spać. Masz takie cudowne oczy.
Logika tego rozumowania zwaliła mnie z nóg, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Modląc się, żeby facet nie poszedł za mną do domu, przyspieszyłam tak, że już prawie biegłam.
- Aaaa...-połapał się dżentelmen- Chcesz może, żebym cię zostawił?
- Bardzo bym pana prosiła.
- No dobrze, skoro sprawię ci tym przyjemność...Miłego wieczoru w takim razie!
Paryscy stalkerzy. Nawet oni są uprzejmi.
Pierwsza zasada, kiedy masz wrażenie, że ktoś cię śledzi- iść pewnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Zwolniłam dopiero przed jakąś oświetloną restauracją, gdzie arabski kelner zamiatał plac.
- Cześć!- zawołał na mój widok- Wracasz do domu? Żartujesz chyba! Jest sobota wieczorem, trzeba iść na imprezę!
Zwątpiłam. Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęłam od środka drzwi mojej kamienicy.
Dzisiaj już nie pada. Może pójdę sobie na spacer po Dzielnicy Łacińskiej.
W świetle dnia.
I może kupię gaz pieprzowy. Na wypadek, gdyby następny stalker nie okazał się Francuzem.
poniedziałek, 9 września 2013
Na początek dostaniesz...obuchem w łeb ;D
Tak zwanej emigracji na próbę ciąg dalszy: Erasmus w Paryżu. Jestem tu od czterech dni i właściwie jeszcze tego nie zarejestrowałam. Ledwo zdołałam wprowadzić się do mojego cudnego malutkiego studia (to moje pierwsze niezależne mieszkanie, więc muszę się nim trochę, jak to pięknie mówimy na Śląsku, poasić), a już nastał pierwszy, organizacyjny dzień na uczelni. I jednocześnie pierwszy dzień pracy. Wszystko naraz.
Université Sorbonne Nouvelle przyjęło nas z otwartymi ramionami. I zasypało od wejścia papierkową robotą, komplikacjami administracyjnymi oraz ulotkami wszelkiej maści. Zajęcia na szczęście zaczynają się dopiero za 2 tygodnie, ale do tego czasu trzeba załatwić ubezpieczenie, uzyskać kartę studenta, iść do biblioteki, zapisać się na właściwy wydział oraz zajęcia dodatkowe, słowem, ogarnąć cały świat. Na szczęście z Sosnowca przybyliśmy solidną dwuosobową ekipą, więc dajemy radę. Poza tym poznaliśmy jeszcze dzisiaj Włocha i dwie miłe Hiszpanki, zaczyna się zatem tworzyć coś w rodzaju grupy :) Moje życie studenckie na razie nie zdążyło się zacząć, ale nie dlatego, że nic się dookoła nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Tylko nie mam nawet czasu zebrać myśli. Po ogólnoerasmusowym teście z francuskiego (dwie godziny i dość wyprany mózg) poleciałam na autobus, żeby zdążyć do pracy.
Dobra, może mam trochę nierealistyczne oczekiwania po Bretanii, gdzie Mama wzięła dzień wolnego, żeby mi wszystko pokazać, a Tata do dzisiaj pisze mi na facebooku, że Dziecko za mną tęskni. To była rodzina...no, może nie idealna, ale niemająca świra. Teraz..cóż...
Pracuję teoretycznie cztery wieczory w tygodniu, trzy razy u mamy i raz u taty. Do taty, nadzianego i wziętego chirurga plastycznego, wyglądającego jak mafioso, przylgnęło od razu przezwisko Ojciec-Właściciel. Poza tym, że zachowuje się, jakby był samym Panem Bogiem, jest dosyć miły i to z nim załatwiałam wszystkie formalności. Mamy nie znałam aż do dzisiaj, kiedy to otwarła mi drzwi z dwójką młodszych dzieci. Po jakichś dwóch minutach ochrzciłam ją Mamą-Zołzą.
Nawet nie zdążyłam się niczemu przyjrzeć, niczego się napić, z nikim porozmawiać...w ogóle nic. Przywitałam się jeszcze z dwojgiem starszych dzieci (trochę ćmiło mi się w oczach, ale zdołałam zapamiętać, jak które ma na imię), poznałam ich długoletnią nianię/pomoc domową...i zasiadłam do odrabiania zadań z całą czwórką. Jeszcze nie do końca wiedziałam, na czym ma polegać moja praca, a już znalazłam się w roli korepetytora od wszystkiego. Postanowiłam wziąć byka za rogi.
Najmłodsze dziecko, śliczna blond sześciolatka, dostała od razu ksywkę Aniołek. Odrabianie jej zadania trwało pięć minut, na szczęście wszystko już umiała. Zostawiłam ją przy rysowaniu i podeszłam do ośmiolatki, zwanej dla kontrastu Diabełkiem (ale głównie przez kolor włosów ;p). Marudziła właśnie, że nie wie, o co chodzi w ćwiczeniu.
- Jak czegoś nie rozumiecie, to pytajcie Anny- obwieściła wszem i wobec Mama-Zołza, po czym...wyszła. Nakazałam sobie spokój i pochyliłam się nad książką.
Zadanie z dwoma gwiazdkami. Polecenie brzmiało: "Zapisz słownie wiadomości napisane literami". Pierwszy przykład: "L A AC D T".
Poczułam, że mózg mi się ulatnia.
- Nie rozumiem- wzniosły się ku mnie wielkie brązowe oczy- Co tu trzeba zrobić?
Jak na komendę wszystkie dzieci przestały pisać i zapadła cisza. Wpatrywały się we mnie pytająco cztery pary oczu. W głowie zapalił mi się wielki czerwony neon z napisem: JEZUS MARIA. Epic fail.
Wybrałam jedyne wyjście, jakie mi pozostało- zachować się rozbrajająco i czekać na wybawienie.
- Nie wiem- przyznałam, po czym zaczęłam się śmiać, a dzieci za mną- W życiu nie widziałam takiego zadania!
Mama-Zołza, która właśnie wróciła, zmiażdżyła mnie spojrzeniem pełnym pogardy. Wódz, najstarszy z rodzeństwa, rezolutny dwunastolatek, podniósł się z krzesła i podszedł do nas.
- Poczekaj, ja też miałem takie zadania, one są dziwne...Aha, zobacz, trzeba to powiedzieć głośno i potem napisać zdanie, które słyszysz. Widzisz? Elle a assez de thé. I już! Tylko teraz ona musi to napisać bez błędów!
Miałam ochotę go wycałować, ale podziękowałam tylko i wróciłam do małej. Wkrótce przy stole został tylko Kujonek, ambitna, ale dość powolna jedenastolatka, która wszystko musiała mieć poukładane i podkreślone na kolorowo od linijki. Dziękując Bogu i wykładowcom za moje studia filologiczne, pomagałam jej w zadaniach typu "zakreśl ósemką zaimek, a łyżeczką grupę nominalną" i odsyłałam ją cichaczem do brata przy ćwiczeniach z historii. Kołysząc Aniołka, który wpakował mi się na kolana, obiecałam sobie, że następnym razem nigdzie się nie ruszam bez komputera z internetem i porządnym słownikiem.
Tak oto spędziłam cały wieczór z dziećmi i Panią Mołdawianką, nianią i pomocą domową, która zadawała mi pytania w stylu: "Na ile lat tu zostajesz?" i "Jesteś mężatką?". Sprzątając z nią ze stołu po kolacji, czułam się jak na planie filmu "Służące". Inny wymiar.
Mama-Zołza wróciła tym razem wcześniej i raczyła wreszcie zamienić ze mną parę słów. Na koniec wydawała się nawet dosyć miła. Chociaż tutejsza mentalność rozkłada na łopatki. Plusem jest to, że dzieci, chociaż trochę rozbrykane, są urocze i da się z nimi dogadać. Dwoje starszych chyba bardzo mnie polubiło, a maluchy, nie wiedzieć czemu, pokochały mnie od razu wielką miłością i nie chciały puścić do domu. Wyszłam w końcu, niosąc w torebce dwa rękodzieła, z których jedno głosiło: "Dla Anny. Jesteś miła. Jesteś inteligentna. Jesteś piękna. Jesteś wszystko", a drugie: "Jesteś piękna bardzo bardzo ładny".
Cute cute cute.
Tak jest...Paryż nie odpuszcza. Zanim się wszystko załatwi, ogarnie i się zaaklimatyzuje, musi chyba minąć trochę czasu. Ale na pewno nie będę się tu nudzić ;D
Université Sorbonne Nouvelle przyjęło nas z otwartymi ramionami. I zasypało od wejścia papierkową robotą, komplikacjami administracyjnymi oraz ulotkami wszelkiej maści. Zajęcia na szczęście zaczynają się dopiero za 2 tygodnie, ale do tego czasu trzeba załatwić ubezpieczenie, uzyskać kartę studenta, iść do biblioteki, zapisać się na właściwy wydział oraz zajęcia dodatkowe, słowem, ogarnąć cały świat. Na szczęście z Sosnowca przybyliśmy solidną dwuosobową ekipą, więc dajemy radę. Poza tym poznaliśmy jeszcze dzisiaj Włocha i dwie miłe Hiszpanki, zaczyna się zatem tworzyć coś w rodzaju grupy :) Moje życie studenckie na razie nie zdążyło się zacząć, ale nie dlatego, że nic się dookoła nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Tylko nie mam nawet czasu zebrać myśli. Po ogólnoerasmusowym teście z francuskiego (dwie godziny i dość wyprany mózg) poleciałam na autobus, żeby zdążyć do pracy.
Dobra, może mam trochę nierealistyczne oczekiwania po Bretanii, gdzie Mama wzięła dzień wolnego, żeby mi wszystko pokazać, a Tata do dzisiaj pisze mi na facebooku, że Dziecko za mną tęskni. To była rodzina...no, może nie idealna, ale niemająca świra. Teraz..cóż...
Pracuję teoretycznie cztery wieczory w tygodniu, trzy razy u mamy i raz u taty. Do taty, nadzianego i wziętego chirurga plastycznego, wyglądającego jak mafioso, przylgnęło od razu przezwisko Ojciec-Właściciel. Poza tym, że zachowuje się, jakby był samym Panem Bogiem, jest dosyć miły i to z nim załatwiałam wszystkie formalności. Mamy nie znałam aż do dzisiaj, kiedy to otwarła mi drzwi z dwójką młodszych dzieci. Po jakichś dwóch minutach ochrzciłam ją Mamą-Zołzą.
Nawet nie zdążyłam się niczemu przyjrzeć, niczego się napić, z nikim porozmawiać...w ogóle nic. Przywitałam się jeszcze z dwojgiem starszych dzieci (trochę ćmiło mi się w oczach, ale zdołałam zapamiętać, jak które ma na imię), poznałam ich długoletnią nianię/pomoc domową...i zasiadłam do odrabiania zadań z całą czwórką. Jeszcze nie do końca wiedziałam, na czym ma polegać moja praca, a już znalazłam się w roli korepetytora od wszystkiego. Postanowiłam wziąć byka za rogi.
Najmłodsze dziecko, śliczna blond sześciolatka, dostała od razu ksywkę Aniołek. Odrabianie jej zadania trwało pięć minut, na szczęście wszystko już umiała. Zostawiłam ją przy rysowaniu i podeszłam do ośmiolatki, zwanej dla kontrastu Diabełkiem (ale głównie przez kolor włosów ;p). Marudziła właśnie, że nie wie, o co chodzi w ćwiczeniu.
- Jak czegoś nie rozumiecie, to pytajcie Anny- obwieściła wszem i wobec Mama-Zołza, po czym...wyszła. Nakazałam sobie spokój i pochyliłam się nad książką.
Zadanie z dwoma gwiazdkami. Polecenie brzmiało: "Zapisz słownie wiadomości napisane literami". Pierwszy przykład: "L A AC D T".
Poczułam, że mózg mi się ulatnia.
- Nie rozumiem- wzniosły się ku mnie wielkie brązowe oczy- Co tu trzeba zrobić?
Jak na komendę wszystkie dzieci przestały pisać i zapadła cisza. Wpatrywały się we mnie pytająco cztery pary oczu. W głowie zapalił mi się wielki czerwony neon z napisem: JEZUS MARIA. Epic fail.
Wybrałam jedyne wyjście, jakie mi pozostało- zachować się rozbrajająco i czekać na wybawienie.
- Nie wiem- przyznałam, po czym zaczęłam się śmiać, a dzieci za mną- W życiu nie widziałam takiego zadania!
Mama-Zołza, która właśnie wróciła, zmiażdżyła mnie spojrzeniem pełnym pogardy. Wódz, najstarszy z rodzeństwa, rezolutny dwunastolatek, podniósł się z krzesła i podszedł do nas.
- Poczekaj, ja też miałem takie zadania, one są dziwne...Aha, zobacz, trzeba to powiedzieć głośno i potem napisać zdanie, które słyszysz. Widzisz? Elle a assez de thé. I już! Tylko teraz ona musi to napisać bez błędów!
Miałam ochotę go wycałować, ale podziękowałam tylko i wróciłam do małej. Wkrótce przy stole został tylko Kujonek, ambitna, ale dość powolna jedenastolatka, która wszystko musiała mieć poukładane i podkreślone na kolorowo od linijki. Dziękując Bogu i wykładowcom za moje studia filologiczne, pomagałam jej w zadaniach typu "zakreśl ósemką zaimek, a łyżeczką grupę nominalną" i odsyłałam ją cichaczem do brata przy ćwiczeniach z historii. Kołysząc Aniołka, który wpakował mi się na kolana, obiecałam sobie, że następnym razem nigdzie się nie ruszam bez komputera z internetem i porządnym słownikiem.
Tak oto spędziłam cały wieczór z dziećmi i Panią Mołdawianką, nianią i pomocą domową, która zadawała mi pytania w stylu: "Na ile lat tu zostajesz?" i "Jesteś mężatką?". Sprzątając z nią ze stołu po kolacji, czułam się jak na planie filmu "Służące". Inny wymiar.
Mama-Zołza wróciła tym razem wcześniej i raczyła wreszcie zamienić ze mną parę słów. Na koniec wydawała się nawet dosyć miła. Chociaż tutejsza mentalność rozkłada na łopatki. Plusem jest to, że dzieci, chociaż trochę rozbrykane, są urocze i da się z nimi dogadać. Dwoje starszych chyba bardzo mnie polubiło, a maluchy, nie wiedzieć czemu, pokochały mnie od razu wielką miłością i nie chciały puścić do domu. Wyszłam w końcu, niosąc w torebce dwa rękodzieła, z których jedno głosiło: "Dla Anny. Jesteś miła. Jesteś inteligentna. Jesteś piękna. Jesteś wszystko", a drugie: "Jesteś piękna bardzo bardzo ładny".
Cute cute cute.
Tak jest...Paryż nie odpuszcza. Zanim się wszystko załatwi, ogarnie i się zaaklimatyzuje, musi chyba minąć trochę czasu. Ale na pewno nie będę się tu nudzić ;D
czwartek, 29 sierpnia 2013
Adieu, Bretagne!
Tak oto nadszedł przedostatni dzień mojego pobytu w pięknym mieście Carnac. Co prawda jutro czeka mnie jeszcze jeden dzień pilnowania Małego wraz z Tatą (w sensie, że Tata będzie pomagał mi pilnować ;p) a potem mały rejs łódką po morzu, ale nie będę już miała niestety czasu na pisanie. Wieczorem znowu do Paryża, a potem- do Polski. Chociaż nie na długo.
Nie wiem, czy jeszcze będę spędzać wakacje jako au pair. Chyba zbadałam już swoje granice tolerancji na sporty ekstremalne. Szukanie rodziny przez internet i podróż w nieznane to trochę rosyjska ruletka. Chociaż tym razem wyjątkowo mi się udało. Nie tylko, że spędziłam miesiąc wśród plaż, menhirów i bretońskich domków z kamienia, ale najwyraźniej zyskałam parę przyjaciół na mój rok we Francji...a może i na dłużej. Jak powiedział mi jakiś czas temu Tata:
- Wiesz, jak ci się znudzi ten Paryż i będziesz kiedyś chciała wrócić do domu, to pakuj się
i przyjeżdżaj!
-...do domu?
-Nooo! Nie będziesz przecież cały rok siedzieć w mieście!
Awwww.
Na pożegnanie z Bretanią zamieszczam parę zdjęć, które zrobiłam przez ten miesiąc. Myślę, że tak czy inaczej jeszcze kiedyś tu wrócę. Póki co zostawiam Was i jadę nacieszyć się miejscem, w którym wszyscy mówią po polsku, pies merda ogonem, a mama (prawdziwa!) robi najpyszniejszy na świecie makaron. Już niedługo sezon drugi: Paryż! ;D
Nie wiem, czy jeszcze będę spędzać wakacje jako au pair. Chyba zbadałam już swoje granice tolerancji na sporty ekstremalne. Szukanie rodziny przez internet i podróż w nieznane to trochę rosyjska ruletka. Chociaż tym razem wyjątkowo mi się udało. Nie tylko, że spędziłam miesiąc wśród plaż, menhirów i bretońskich domków z kamienia, ale najwyraźniej zyskałam parę przyjaciół na mój rok we Francji...a może i na dłużej. Jak powiedział mi jakiś czas temu Tata:
- Wiesz, jak ci się znudzi ten Paryż i będziesz kiedyś chciała wrócić do domu, to pakuj się
i przyjeżdżaj!
-...do domu?
-Nooo! Nie będziesz przecież cały rok siedzieć w mieście!
Awwww.
Na pożegnanie z Bretanią zamieszczam parę zdjęć, które zrobiłam przez ten miesiąc. Myślę, że tak czy inaczej jeszcze kiedyś tu wrócę. Póki co zostawiam Was i jadę nacieszyć się miejscem, w którym wszyscy mówią po polsku, pies merda ogonem, a mama (prawdziwa!) robi najpyszniejszy na świecie makaron. Już niedługo sezon drugi: Paryż! ;D
| Menhir na menhirze menhirem poganiany. |
| W samolociku z panem pilotem. Odlatujemyyyy! |
| Jedyne zdjęcie, jakie udało mi się zrobić z samolociku...zanim padła bateria. Z dwojga złego lepiej bateria niż samolocik. |
| Zaprzyjaźniony bar przy porcie, gdzie dzieci dostają soczek do butelki i ciasteczka...a dorośli pyszne wino ;p |
| Port de la Trinité sur Mer. |
| Bretońska babcia przed naleśnikarnią. Były wszędzie. |
| Klasyczny bretocentryzm. |
| Warsztat pana, który naprawiał statki. |
| Bretoński domek. |
| Moje znajome konie koło domu. Niestety nie mam zdjęć z przejażdżki... |
| La côte sauvage, czyli dzikie wybrzeże... |
| ...nie takie znowu dzikie... |
| ...ale bardzo urokliwe... |
| :) |
środa, 28 sierpnia 2013
In-freaking-croyable, czyli co słychać w Paryżu
Wyskoczyć na niecałe dwa dni do Paryża podczas urlopu, żeby poznać okolicę przed Erasmusem? W sumie czemu nie...
Już nie mogłam wysiedzieć w Bretanii. Musiałam przynajmniej zobaczyć moje tzw. mieszkanie, czyli malutkie studio, z którego mogę korzystać w zamian za wieczorną opiekę nad dziećmi cztery dni w tygodniu. Dzieci też jest czwórka, więc będzie wesoło. Ale okolica jest fantastyczna. Prawie wszędzie blisko ;D
Gardienka z kamienicy obok (dla niewtajemniczonych: to ktoś w rodzaju dozorcy) dała mi klucze, życząc przy tym, dość nieszczerze, powodzenia, kiedy powiedziałam, że mieszkam na siódmym piętrze. Jeszcze tego nie zrozumiałam, byłam pełna optymizmu. Trudno się przejmować drobiazgami w stylu siódmego piętra, kiedy jest się w pięknej paryskiej kamienicy, praktycznie w centrum Dzielnicy Łacińskiej. Gardienka zostawiła mnie więc samą w sieni i wróciła do siebie.
Pierwsza niespodzianka: winda dojeżdża tylko na szóste piętro. Duże schody, obite dywanem, również kończą się na szóstym piętrze. I na tym koniec...siódme piętro jakby nie istniało.
Chcąc, nie chcąc, zeszłam z powrotem na dół i przypomniałam sobie, co mówił mi właściciel. Jako że na siódmym piętrze znajdują się tylko chambres de bonne, czyli dawne pokoje dla służby (nie powiem, żeby dzisiaj to bardzo straciło na znaczeniu...), wchodzi się tam innymi drzwiami i innymi schodami.
Zaczęłam więc szukać tajnego wejścia na siódme piętro, dosłownie macając ściany w nadziei odkrycia drzwi. Czułam się jak ludzik w grze komputerowej, który musi włamać się do twierdzy. Kiedy wreszcie natrafiłam na drzwi, okazały się zamknięte. Spędziłam więc następny kwadrans, usiłując dostać się na klatkę schodową, ale żaden z moich kluczy nie pasował. Sezamie, otwórz się również nie działało. Wreszcie zrozumiałam, że trzeba przytknąć magnesowy breloczek do drugiego magnesu na ścianie, a wtedy drzwi się otworzą. Magia.
Ta klatka schodowa to nie chlew!!! głosiła wszem i wobec kartka przy wejściu. Nie byłam tego wcale taka pewna. Schodki, drewniane, mikroskopijne i dość obskurne, wiły się aż na siódme piętro. Jak tam wtaszczyć wszystkie bagaże, nie mam zielonego pojęcia. Ale przynajmniej oduczę się zapominania rzeczy z domu. I będę miała nogi jak Pudzian.
Wreszcie dotarłam pod swoje drzwi. Klucz pasował do zamka. Odetchnęłam z ulgą, przekręciłam klamkę, która o mało co nie została mi w ręce i...nic. Drzwi ani drgnęły.
Próbowałam wszystkiego. Naprawdę wszystkiego. Łącznie z modlitwą. W końcu stwierdziłam, że nic z tego i zadzwoniłam do gardienki. Odebrał pan gardienek. Po wysłuchaniu mojego rozpaczliwego opowiadania stwierdził, że zaraz przyjdzie.
Okazuje się, że drzwi nie otwierają się tak o, po przekręceniu klucza w zamku. To by było za proste. Uczyłam się otwierania i zamykania przez jakieś 20 minut, wliczając w to chodzenie na koniec korytarza i zawracanie, co według pana gardienka było znakomitą metodą na zapamiętywanie. W sumie od wejścia do kamienicy do otwarcia drzwi studia minęła jakaś godzina. Po prostu forteca.
Ale największy szok przeżyłam, kiedy wreszcie weszłam i wychyliłam się z okna. Po lewej stronie, proszę państwa, widać wieżę Eiffla. Z nóżkami.
Już uwielbiam to mieszkanko. Bretania Bretanią...ale chcę już do Paryża ;D
Już nie mogłam wysiedzieć w Bretanii. Musiałam przynajmniej zobaczyć moje tzw. mieszkanie, czyli malutkie studio, z którego mogę korzystać w zamian za wieczorną opiekę nad dziećmi cztery dni w tygodniu. Dzieci też jest czwórka, więc będzie wesoło. Ale okolica jest fantastyczna. Prawie wszędzie blisko ;D
Gardienka z kamienicy obok (dla niewtajemniczonych: to ktoś w rodzaju dozorcy) dała mi klucze, życząc przy tym, dość nieszczerze, powodzenia, kiedy powiedziałam, że mieszkam na siódmym piętrze. Jeszcze tego nie zrozumiałam, byłam pełna optymizmu. Trudno się przejmować drobiazgami w stylu siódmego piętra, kiedy jest się w pięknej paryskiej kamienicy, praktycznie w centrum Dzielnicy Łacińskiej. Gardienka zostawiła mnie więc samą w sieni i wróciła do siebie.
Pierwsza niespodzianka: winda dojeżdża tylko na szóste piętro. Duże schody, obite dywanem, również kończą się na szóstym piętrze. I na tym koniec...siódme piętro jakby nie istniało.
Chcąc, nie chcąc, zeszłam z powrotem na dół i przypomniałam sobie, co mówił mi właściciel. Jako że na siódmym piętrze znajdują się tylko chambres de bonne, czyli dawne pokoje dla służby (nie powiem, żeby dzisiaj to bardzo straciło na znaczeniu...), wchodzi się tam innymi drzwiami i innymi schodami.
Zaczęłam więc szukać tajnego wejścia na siódme piętro, dosłownie macając ściany w nadziei odkrycia drzwi. Czułam się jak ludzik w grze komputerowej, który musi włamać się do twierdzy. Kiedy wreszcie natrafiłam na drzwi, okazały się zamknięte. Spędziłam więc następny kwadrans, usiłując dostać się na klatkę schodową, ale żaden z moich kluczy nie pasował. Sezamie, otwórz się również nie działało. Wreszcie zrozumiałam, że trzeba przytknąć magnesowy breloczek do drugiego magnesu na ścianie, a wtedy drzwi się otworzą. Magia.
Ta klatka schodowa to nie chlew!!! głosiła wszem i wobec kartka przy wejściu. Nie byłam tego wcale taka pewna. Schodki, drewniane, mikroskopijne i dość obskurne, wiły się aż na siódme piętro. Jak tam wtaszczyć wszystkie bagaże, nie mam zielonego pojęcia. Ale przynajmniej oduczę się zapominania rzeczy z domu. I będę miała nogi jak Pudzian.
Wreszcie dotarłam pod swoje drzwi. Klucz pasował do zamka. Odetchnęłam z ulgą, przekręciłam klamkę, która o mało co nie została mi w ręce i...nic. Drzwi ani drgnęły.
Próbowałam wszystkiego. Naprawdę wszystkiego. Łącznie z modlitwą. W końcu stwierdziłam, że nic z tego i zadzwoniłam do gardienki. Odebrał pan gardienek. Po wysłuchaniu mojego rozpaczliwego opowiadania stwierdził, że zaraz przyjdzie.
Okazuje się, że drzwi nie otwierają się tak o, po przekręceniu klucza w zamku. To by było za proste. Uczyłam się otwierania i zamykania przez jakieś 20 minut, wliczając w to chodzenie na koniec korytarza i zawracanie, co według pana gardienka było znakomitą metodą na zapamiętywanie. W sumie od wejścia do kamienicy do otwarcia drzwi studia minęła jakaś godzina. Po prostu forteca.
Ale największy szok przeżyłam, kiedy wreszcie weszłam i wychyliłam się z okna. Po lewej stronie, proszę państwa, widać wieżę Eiffla. Z nóżkami.
Już uwielbiam to mieszkanko. Bretania Bretanią...ale chcę już do Paryża ;D
Subskrybuj:
Posty (Atom)