Wyskoczyć na niecałe dwa dni do Paryża podczas urlopu, żeby poznać okolicę przed Erasmusem? W sumie czemu nie...
Już nie mogłam wysiedzieć w Bretanii. Musiałam przynajmniej zobaczyć moje tzw. mieszkanie, czyli malutkie studio, z którego mogę korzystać w zamian za wieczorną opiekę nad dziećmi cztery dni w tygodniu. Dzieci też jest czwórka, więc będzie wesoło. Ale okolica jest fantastyczna. Prawie wszędzie blisko ;D
Gardienka z kamienicy obok (dla niewtajemniczonych: to ktoś w rodzaju dozorcy) dała mi klucze, życząc przy tym, dość nieszczerze, powodzenia, kiedy powiedziałam, że mieszkam na siódmym piętrze. Jeszcze tego nie zrozumiałam, byłam pełna optymizmu. Trudno się przejmować drobiazgami w stylu siódmego piętra, kiedy jest się w pięknej paryskiej kamienicy, praktycznie w centrum Dzielnicy Łacińskiej. Gardienka zostawiła mnie więc samą w sieni i wróciła do siebie.
Pierwsza niespodzianka: winda dojeżdża tylko na szóste piętro. Duże schody, obite dywanem, również kończą się na szóstym piętrze. I na tym koniec...siódme piętro jakby nie istniało.
Chcąc, nie chcąc, zeszłam z powrotem na dół i przypomniałam sobie, co mówił mi właściciel. Jako że na siódmym piętrze znajdują się tylko chambres de bonne, czyli dawne pokoje dla służby (nie powiem, żeby dzisiaj to bardzo straciło na znaczeniu...), wchodzi się tam innymi drzwiami i innymi schodami.
Zaczęłam więc szukać tajnego wejścia na siódme piętro, dosłownie macając ściany w nadziei odkrycia drzwi. Czułam się jak ludzik w grze komputerowej, który musi włamać się do twierdzy. Kiedy wreszcie natrafiłam na drzwi, okazały się zamknięte. Spędziłam więc następny kwadrans, usiłując dostać się na klatkę schodową, ale żaden z moich kluczy nie pasował. Sezamie, otwórz się również nie działało. Wreszcie zrozumiałam, że trzeba przytknąć magnesowy breloczek do drugiego magnesu na ścianie, a wtedy drzwi się otworzą. Magia.
Ta klatka schodowa to nie chlew!!! głosiła wszem i wobec kartka przy wejściu. Nie byłam tego wcale taka pewna. Schodki, drewniane, mikroskopijne i dość obskurne, wiły się aż na siódme piętro. Jak tam wtaszczyć wszystkie bagaże, nie mam zielonego pojęcia. Ale przynajmniej oduczę się zapominania rzeczy z domu. I będę miała nogi jak Pudzian.
Wreszcie dotarłam pod swoje drzwi. Klucz pasował do zamka. Odetchnęłam z ulgą, przekręciłam klamkę, która o mało co nie została mi w ręce i...nic. Drzwi ani drgnęły.
Próbowałam wszystkiego. Naprawdę wszystkiego. Łącznie z modlitwą. W końcu stwierdziłam, że nic z tego i zadzwoniłam do gardienki. Odebrał pan gardienek. Po wysłuchaniu mojego rozpaczliwego opowiadania stwierdził, że zaraz przyjdzie.
Okazuje się, że drzwi nie otwierają się tak o, po przekręceniu klucza w zamku. To by było za proste. Uczyłam się otwierania i zamykania przez jakieś 20 minut, wliczając w to chodzenie na koniec korytarza i zawracanie, co według pana gardienka było znakomitą metodą na zapamiętywanie. W sumie od wejścia do kamienicy do otwarcia drzwi studia minęła jakaś godzina. Po prostu forteca.
Ale największy szok przeżyłam, kiedy wreszcie weszłam i wychyliłam się z okna. Po lewej stronie, proszę państwa, widać wieżę Eiffla. Z nóżkami.
Już uwielbiam to mieszkanko. Bretania Bretanią...ale chcę już do Paryża ;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz