Po kilku tygodniach mieszkania w Mieście Świateł, zaczęłam zauważać pewne rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. A mianowicie, jak bardzo zróżnicowana jest mentalność, zwyczaje i sposób mówienia paryskich grup społecznych. Francuzi, imigranci, turyści...często na tej samej ulicy albo nawet w tym samym domu mieszkają przedstawiciele zupełnie różnych światów.
Rodzina, u której pracuję, od początku starała się pozować na klasę wyższą lub coś w rodzaju arystokracji. Dobrze sytuowani, (delikatnie mówiąc) z dwoma mieszkaniami w Paryżu, sprzętami najnowszej generacji i markowo ubranymi dziećmi. Wrażenie to prysło już podczas pierwszego spotkania, kiedy to Ojciec-Właściciel zaczął się zastanawiać, czy zostawi mi meble po poprzedniej au pair. Zresztą meble to dużo powiedziane...stół i biurko znalazła chyba na ulicy. Potem było już tylko gorzej. Niestety, dobra sytuacja finansowa absolutnie nie gwarantuje tego, że ktoś ma klasę. Poza tym, Mama-Zołza nie może zacząć obiadu, bo czeka na dostawę oliwy (zamiast iść do sklepu naprzeciwko), a 11-latka rozpacza, bo ma FIFĘ 13, a właśnie wyszła 14. Ta rodzina to definicja problemów pierwszego świata. Plus paryski sposób mówienia, który zaczął mnie ostatnio wkurzać. Charakterystyczna wznosząca intonacja, wszędzie, gdzie tylko intonacja może się wznieść, utrudnia skupienie się na treści wypowiedzi. Prowokuje raczej reakcję pod tytułem: dlaczego nie możesz mówić normaaalnieeee?!
Prowadząca zajęcia z językoznawstwa jest z kolei przedstawicielką południa Francji. I też nabija się z paryskiej intonacji. Jej miękki akcent od razu zwróci uwagę każdego, kto kiedykolwiek grzał się na plaży na Lazurowym Wybrzeżu. Tak samo, jak niespożyta energia (podczas gdy cała grupa zasypia lub patrzy tępo w przestrzeń) i nieustające gestykulowanie. Oraz rzucane od czasu do czasu prowansalskie idiomy, kompletnie niezrozumiałe dla obcokrajowca.
Amerykanie, których tu spotkałam do tej pory, byli głównie turystami. Oczarowała mnie grupka w Ogrodzie Luksemburskim, rozglądająca się z zachwytem po okolicy i komentująca wszystkie pomniki, Senat i fontannę. Nagle jedna pani przemówiła w te słowa:
- Jesteśmy w takim cudownym miejscu! Sooo wonderful!
Entuzjastyczne potakiwanie całej reszty. A po chwili ciszy:
- Tylko gdzie my właściwie jesteśmy?
Nic dodać, nic ująć.
Polacy w metrze:
-No bo, k***a, nie przebrałem się, k***a, po pracy i nie wziąłem, k***a, prysznica, więc nie wiem, k***a, co teraz... A ty, k***a, wziąłeś prysznic?
Afrykanie. Poza tym, że już umierają z zimna, potrafią nieźle namieszać w głowie ciągłymi dygresjami. Wykładowca przeszedł, nie wiadomo jak, od omawiania tematów prezentacji, do przekonywania nas, że gdyby ryby miały głos, na pewno protestowałyby przeciwko połowom. Jelenie też by nie chciały, żeby do nich strzelać. A drzewa... Siedziałam otępiała, aż zagadnęła mnie koleżanka obok, też Afrykanka:
- Co tam w pracy? Musisz się dzisiaj zajmować dziećmi?
- Na szczęście nie, środy mam wolne...
- A gdzie mieszkasz? Z tą rodziną?
- Nie, nie, mam takie małe studio w tym samym budynku.
- Oooo! Możesz tam robić imprezy?
- Jasne!- odparłam naiwnie, nie domyślając się zupełnie, do czego zmierza ta rozmowa.
- Super!- nakręciła się od razu- Słuchajcie, będzie impreza!
Nim zdążyłam zrozumieć, o co chodzi, robiła już listę gości na kartce z notatkami. Unbelievable :D
I wreszcie na koniec Arabowie, pracujący w sklepie z ubraniami. Zorientowałam się właśnie, że przydałaby mi się mała torebka i oczywiście miałam problem decyzyjny. Wpatrywałam się szklanym wzrokiem w rząd różnokolorowych modeli, nie wiedząc, który wybrać.
- Wszystko w porządku?- zagadnął mnie ekspedient.
- Nie wiem, czy wziąć czerwoną, czy czarną...nie mogę się zdecydować- wyznałam, oczywiście nie oczekując żadnej rady. Co powiedziałby sprzedawca w polskim sklepie? "Obie są ładne", "proszę wziąć tą, która się pani bardziej podoba" albo inny tego typu wykręt. Tymczasem...
- Czerwona ładniejsza- zawyrokował ekspedient tonem niezbitej pewności. Po kilku sekundach refleksji przyznałam mu rację.
Podsumowując- niech żyje wielokulturowość! ;)
środa, 16 października 2013
wtorek, 15 października 2013
Rozdwojenie jaźni
Aż dziwne, że w jednym miejscu można na przemian dostawać szału i przyjemnie spędzać czas. Przykład? Dzisiaj przyszłam, jak zwykle, do pracy i dowiedziałam się, że musiałabym zostać do jedenastej w nocy. Skrucha w oczach Ojca-Właściciela z całą pewnością udawana. Do tego jeszcze piąte dziecko (Mały Kuzyn) i trochę creepy Pan Wujek, który miał tylko wpaść odebrać małego, a siedział chyba z godzinę. Plus fakt, że nie jestem teraz w moim mieszkanku i nie oglądam Chirurgów, tylko koczuję na kanapie w burżujskim paryskim mieszkaniu i piszę bloga.
Ale tu zaczyna się ta przyjemniejsza część. Bo wielkie okno w salonie wychodzi na oświetlony kościół Val-de-Grâce. Bo dzieci już śpią i tym razem obyło się nawet bez większych cyrków. Bo sąsiad z góry okazał się nagle wirtuozem fortepianu i zasunął półgodzinny koncert, który świetnie było słychać. Przy takiej muzyce notatki z gospodarki Stanów Zjednoczonych same wchodzą do głowy. Nawet kolację tutaj zjadłam (tak, tak, ten dzień wreszcie nadszedł), chociaż Mały Kuzyn ukradł mi jajko prosto z talerza. Teraz rozkoszuję się niezmąconą ciszą, przerywaną tylko przez przejeżdżające czasem samochody i szum zmywarki.
Jeszcze tylko ten tydzień. Potem dzieci mają aż 16 dni wakacji, więc będę mogła skupić się na uczelni i na udawaniu, że mam w tym mieście jakieś życie. W pracy moją jedyną rozrywką jest odprowadzanie dzieci na judo i podziwianie tamtejszych widoków (czytaj: pana trenera ;p). Z całą pewnością nie jest to definicja szalonej imprezy. Ale cóż. Już niedługo.
Co do ciekawych socjologicznie miejsc w Paryżu, polecam dziesiątą dzielnicę, a szczególnie pewną afrykańską knajpkę, do której francuski sanepid na pewno nie zagląda. Jakby zajrzał, prawdopodobnie by ją zamknął...a szkoda by było, bo za 5 euro można tam zamówić talerz jedzenia, które osobiście trawiłabym przez tydzień, gdybym zdołała je skończyć. Knajpka ma klimat...ciężkie do wymówienia nazwy dań, plastikowe talerze, mikrofalówki oraz dosiadający się Afrykańczycy, zaintrygowani egzotyką twojego kraju. I nie mniej zaintrygowani Europejczycy, zastanawiający się, co właściwie jedzą i dlaczego to mięso wygląda jak błoto. Ale nie należy sądzić po pozorach. Było pyszne.
Poza tym mogę uznać, że się zadomawiam. Moje mieszkanko ma nawet domofon, którego działanie odkryłam przypadkiem. Wiem już, gdzie kupić dobre krewetki, na ile mniej więcej starcza mi bagietka i że czasem muszę jednak włączyć kaloryfer. Z polską zimą ma to jednak jak na razie niewiele wspólnego. (Chociaż koleżanka z Etiopii już zamarza.) W dalszym ciągu nie znalazłam żadnego chóru gospel...albo nie wyrabiam się godzinowo, albo nie można się tam dołączyć, słowem, jest to trudniejsze, niż myślałam. Gdyby ktoś miał informacje na ten temat, z chęcią skorzystam :)
A póki co muszę wymyślić jakiś sposób, żeby Ojciec-Właściciel nie zastał mnie śpiącej na kanapie. Może jednak zobaczę tych Chirurgów. Ale po cichu.
Ale tu zaczyna się ta przyjemniejsza część. Bo wielkie okno w salonie wychodzi na oświetlony kościół Val-de-Grâce. Bo dzieci już śpią i tym razem obyło się nawet bez większych cyrków. Bo sąsiad z góry okazał się nagle wirtuozem fortepianu i zasunął półgodzinny koncert, który świetnie było słychać. Przy takiej muzyce notatki z gospodarki Stanów Zjednoczonych same wchodzą do głowy. Nawet kolację tutaj zjadłam (tak, tak, ten dzień wreszcie nadszedł), chociaż Mały Kuzyn ukradł mi jajko prosto z talerza. Teraz rozkoszuję się niezmąconą ciszą, przerywaną tylko przez przejeżdżające czasem samochody i szum zmywarki.
Jeszcze tylko ten tydzień. Potem dzieci mają aż 16 dni wakacji, więc będę mogła skupić się na uczelni i na udawaniu, że mam w tym mieście jakieś życie. W pracy moją jedyną rozrywką jest odprowadzanie dzieci na judo i podziwianie tamtejszych widoków (czytaj: pana trenera ;p). Z całą pewnością nie jest to definicja szalonej imprezy. Ale cóż. Już niedługo.
Co do ciekawych socjologicznie miejsc w Paryżu, polecam dziesiątą dzielnicę, a szczególnie pewną afrykańską knajpkę, do której francuski sanepid na pewno nie zagląda. Jakby zajrzał, prawdopodobnie by ją zamknął...a szkoda by było, bo za 5 euro można tam zamówić talerz jedzenia, które osobiście trawiłabym przez tydzień, gdybym zdołała je skończyć. Knajpka ma klimat...ciężkie do wymówienia nazwy dań, plastikowe talerze, mikrofalówki oraz dosiadający się Afrykańczycy, zaintrygowani egzotyką twojego kraju. I nie mniej zaintrygowani Europejczycy, zastanawiający się, co właściwie jedzą i dlaczego to mięso wygląda jak błoto. Ale nie należy sądzić po pozorach. Było pyszne.
Poza tym mogę uznać, że się zadomawiam. Moje mieszkanko ma nawet domofon, którego działanie odkryłam przypadkiem. Wiem już, gdzie kupić dobre krewetki, na ile mniej więcej starcza mi bagietka i że czasem muszę jednak włączyć kaloryfer. Z polską zimą ma to jednak jak na razie niewiele wspólnego. (Chociaż koleżanka z Etiopii już zamarza.) W dalszym ciągu nie znalazłam żadnego chóru gospel...albo nie wyrabiam się godzinowo, albo nie można się tam dołączyć, słowem, jest to trudniejsze, niż myślałam. Gdyby ktoś miał informacje na ten temat, z chęcią skorzystam :)
A póki co muszę wymyślić jakiś sposób, żeby Ojciec-Właściciel nie zastał mnie śpiącej na kanapie. Może jednak zobaczę tych Chirurgów. Ale po cichu.
poniedziałek, 7 października 2013
Cette ville est folle!
Kto zgadnie, co robiłam dzisiaj rano? Dzisiejszego pięknego, słonecznego paryskiego poranka, przed zajęciami? Spałam, jak to zwykle robię, kiedy tylko mam szansę? Byłam na romantycznym spacerze nad Sekwaną? Otóż nie. Dzisiaj rano, proszę państwa, na dobry początek tygodnia, pojechałam na drugi koniec miasta do sklepu z bronią, prowadzonego przez smutnego pana i jego równie apatycznego buldoga. I tam właśnie kupiłam gaz pieprzowy.
Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.
Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!
A tymczasem w pracy:
Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?
...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.
Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.
Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.
Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!
A tymczasem w pracy:
Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?
...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.
Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.
piątek, 27 września 2013
Run, baby, run!
Dlaczego paryżanie mają obsesję na punkcie planowania? Dlaczego nie mogą usiedzieć pięciu minut (chyba że przy jedzeniu) i non stop gdzieś latają? Już zrozumiałam. Życie w Paryżu jest jak nie dająca się wyłączyć bieżnia- albo cały czas przebierasz nogami, albo wypadasz z gry.
Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.
Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!
Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.
A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.
Oooook.
Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.
Ale na razie biegnę dalej :)
Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.
Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!
Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.
A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.
Oooook.
Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.
Ale na razie biegnę dalej :)
poniedziałek, 16 września 2013
Problèmes, problèmes...
Zwykle jestem uosobieniem stoickiego spokoju i umiarkowania w wyrażaniu negatywnych opinii. Ale dzisiaj robię sobie karnawał od politycznej poprawności.
Paryżanie doprowadzają mnie do rozpaczy i szewskiej pasji jednocześnie.
Po pierwsze - uniwersytecka biurokracja. Nie wiem, jak oni sami odnajdują się w tej stercie papierkowej roboty. Może się zresztą nie odnajdują, bo zajęcia zaczynają się za tydzień, a nie ma jeszcze nawet godzin wszystkich seminariów magisterskich. Zapisywanie się na cokolwiek trwa pół dnia. I kolejki. Wszędzie kolejki. Nie mają końca.
Po drugie - paryska rodzina. Z Ojcem-Właścicielem, większością dzieci (to zależy od dnia) i rosyjskimi dziadkami dogaduję się w miarę dobrze. Ale Mama-Zołza to mało powiedziane.
Nie wiem, po co mieć dzieci, skoro cały czas zajmuje się nimi ktoś inny. Nie wiem, po co kazać mi przychodzić w poniedziałki i zostawać do wieczora, skoro w poniedziałki ma wolne. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, kiedy dzieci siedzą w kuchni i jedzą kolację. Jeszcze nikt nie podał mi w tym domu szklanki wody...brzmi jak cytat z kawału, ale taka jest prawda. Duże pole do socjologicznych obserwacji- to jedno. Poczucie, że jest się traktowanym z dużą dozą wyższości i pogardy- to drugie. Poza tym zostałam dzisiaj poinformowana, że we wtorki rano muszę odprowadzać dzieci do szkoły.
-Jakie zajęcia? Na ósmą rano? No cóż, tym gorzej dla pani. Co za uniwersytet robi zajęcia od ósmej rano?
Coś takiego jak ustalanie rzeczy wcześniej chyba nie mieści się w tutejszych normach.
A poza tym wszystkim...leje. Ciągle. O zmroku wracałam do domu, nie zwracając już uwagi na swoje przesiąknięte wodą buty i ogólnie zachwycający image zmokłej kury. Dawno nie miałam tak podłego humoru. Paryż, moje miasto przygód, świateł i wychylających się z każdego rogu księgarni, odwracał się do mnie plecami. Nic nie szło łatwo. Na każdym kroku piętrzyły się problemy. I jeszcze ten deszcz. Postanowiłam, że jeżeli następnego dnia też będzie tak lało, wstąpię do najbliższego sklepu, kupię młot pneumatyczny i rozwalę jakiś zabytek.
- Mademoiselle?- usłyszałam nagle z tyłu. Dobrze, że nie byłam jeszcze uzbrojona. Ale miałam ochotę zrobić użytek z obu nóg. Opanowałam się jednak.
- Oui, monsieur?
- Czy mógłbym pani zaoferować swój parasol? Strasznie pani zmokła...
- Już chyba bardziej nie zmoknę- zawahałam się, ale w końcu machnęłam ręką. Za dosłownie 30 sekund przestało padać.
Paryżanie są wkurzający. Mają kompleks Boga i uważają się za pępek świata. Ale trzeba im przyznać, że czasem umieją poprawić człowiekowi humor. Pan z parasolem pomachał mi i wszedł do swojej kamienicy. Wybuchnęłam śmiechem na widok swojego zmokłego odbicia w witrynie sklepowej, po czym za chwilę też byłam już w domu. Za parę godzin doszłam do wniosku, że paryskie życie jest do ogarnięcia. Może. Miejmy nadzieję. Tylko trzeba czasu, słońca i chwili na zebranie myśli.
Coś jednak wisi w powietrzu z tymi stalkerami...
Paryżanie doprowadzają mnie do rozpaczy i szewskiej pasji jednocześnie.
Po pierwsze - uniwersytecka biurokracja. Nie wiem, jak oni sami odnajdują się w tej stercie papierkowej roboty. Może się zresztą nie odnajdują, bo zajęcia zaczynają się za tydzień, a nie ma jeszcze nawet godzin wszystkich seminariów magisterskich. Zapisywanie się na cokolwiek trwa pół dnia. I kolejki. Wszędzie kolejki. Nie mają końca.
Po drugie - paryska rodzina. Z Ojcem-Właścicielem, większością dzieci (to zależy od dnia) i rosyjskimi dziadkami dogaduję się w miarę dobrze. Ale Mama-Zołza to mało powiedziane.
Nie wiem, po co mieć dzieci, skoro cały czas zajmuje się nimi ktoś inny. Nie wiem, po co kazać mi przychodzić w poniedziałki i zostawać do wieczora, skoro w poniedziałki ma wolne. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, kiedy dzieci siedzą w kuchni i jedzą kolację. Jeszcze nikt nie podał mi w tym domu szklanki wody...brzmi jak cytat z kawału, ale taka jest prawda. Duże pole do socjologicznych obserwacji- to jedno. Poczucie, że jest się traktowanym z dużą dozą wyższości i pogardy- to drugie. Poza tym zostałam dzisiaj poinformowana, że we wtorki rano muszę odprowadzać dzieci do szkoły.
-Jakie zajęcia? Na ósmą rano? No cóż, tym gorzej dla pani. Co za uniwersytet robi zajęcia od ósmej rano?
Coś takiego jak ustalanie rzeczy wcześniej chyba nie mieści się w tutejszych normach.
A poza tym wszystkim...leje. Ciągle. O zmroku wracałam do domu, nie zwracając już uwagi na swoje przesiąknięte wodą buty i ogólnie zachwycający image zmokłej kury. Dawno nie miałam tak podłego humoru. Paryż, moje miasto przygód, świateł i wychylających się z każdego rogu księgarni, odwracał się do mnie plecami. Nic nie szło łatwo. Na każdym kroku piętrzyły się problemy. I jeszcze ten deszcz. Postanowiłam, że jeżeli następnego dnia też będzie tak lało, wstąpię do najbliższego sklepu, kupię młot pneumatyczny i rozwalę jakiś zabytek.
- Mademoiselle?- usłyszałam nagle z tyłu. Dobrze, że nie byłam jeszcze uzbrojona. Ale miałam ochotę zrobić użytek z obu nóg. Opanowałam się jednak.
- Oui, monsieur?
- Czy mógłbym pani zaoferować swój parasol? Strasznie pani zmokła...
- Już chyba bardziej nie zmoknę- zawahałam się, ale w końcu machnęłam ręką. Za dosłownie 30 sekund przestało padać.
Paryżanie są wkurzający. Mają kompleks Boga i uważają się za pępek świata. Ale trzeba im przyznać, że czasem umieją poprawić człowiekowi humor. Pan z parasolem pomachał mi i wszedł do swojej kamienicy. Wybuchnęłam śmiechem na widok swojego zmokłego odbicia w witrynie sklepowej, po czym za chwilę też byłam już w domu. Za parę godzin doszłam do wniosku, że paryskie życie jest do ogarnięcia. Może. Miejmy nadzieję. Tylko trzeba czasu, słońca i chwili na zebranie myśli.
Coś jednak wisi w powietrzu z tymi stalkerami...
niedziela, 15 września 2013
Bezpieczna dzielnica
No tak. Paryż. Jedyne, o czym marzyłam przez ostatni rok. Jak już będę w Paryżu, to zobaczę tyle rzeczy, poznam tylu ludzi, pójdę w tyle miejsc i tak dalej. Cały czas w ruchu i cały czas na wysokich obrotach.
Rzeczywistość, jak zwykle, zweryfikowała trochę moje zapędy. Ostatni tydzień pracy i latania po uczelni w celu załatwienia wszystkich papierków świata (a wygląda na to, że to dopiero początek...) zmęczył mnie tak, że całą sobotę przesiedziałam w mieszkanku, nagrywając piosenki. Na dodatek od mojego przyjazdu pogoda wydaje się zachęcać do myśli samobójczych. Non stop leje.
"Własne" mieszkanko ma wiele zalet. Np. takie, że jest się samemu. Ma też wiele wad. Np. takie, że jest się samemu. Ciągle. Teoretycznie nie powinnam narzekać tu na samotność, bo mam w mieście co najmniej piątkę znajomych, na których mogę liczyć, plus zawsze mogę wykonać awaryjny telefon do Rodzinki z Bretanii ;) Ale dopiero teraz zorientowałam się, jak to jest, kiedy rodzina została w Polsce, a wszystkie współlokatorki rozjechały się za granicę (do Anglii albo do Sosnowca ;p). Pewnie musi minąć pierwszy etap przystosowywania się, zanim uznam tą sytuację za normalną.
Póki co postanowiłam iść wreszcie na imprezę ze znajomymi. W końcu jestem w Paryżu. I jest weekend. Schodzenie po drewnianych schodkach na obcasach to chyba trudniejsza rzecz niż wspinaczka górska.
Impreza jak impreza...odwiedziliśmy parę ciekawych miejsc. Klub, w którym byliśmy jedynymi białymi, zrobił na mnie duże wrażenie. Chyba zrozumiałam, jak muszą się czuć czarnoskórzy w Polsce...jak pod ciągłym obstrzałem. Ale dobrze wiedzieć, że w Paryżu można znaleźć kawałki Afryki ;)
Nie odważyliśmy się wejść do klubu, który wyglądał jak dżungla....baliśmy się, że już stamtąd nie wyjdziemy ;p Za jakąś godzinę pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się do różnych linii metra.
Niestety nie mam stacji blisko siebie, więc o drugiej w nocy, w rzęsistym deszczu, maszerowałam raźno w drodze do domu. Na ulicy nie było żywej duszy.
- Dobry wieczór- spod ziemi wyrósł nagle zwyczajnie wyglądający czarnoskóry pan, na oko czterdziestoletni.
- Dobry wieczór- odpowiedziałam odruchowo. Francuska uprzejmość najwyraźniej już weszła mi w nawyk. Przyspieszyłam kroku.
- Co tam u ciebie?- kontynuował facet, niezrażony- Wracasz z imprezy czy od znajomych? Spędziłaś miły wieczór? Daleko mieszkasz?
- Tak, bardzo daleko- stwierdziłam ostrożnie, unikając kontaktu wzrokowego i wypatrując gorączkowo jakiejkolwiek otwartej knajpy czy sklepu. Nie zdążyłam się nawet zbytnio zdenerwować. Gdyby nie pora, sytuacja w ogóle nie wydałaby mi się dziwna- zwykła francuska wymiana zdań z nieznajomym człowiekiem. Ale była druga w nocy. A ulica, jak przedtem, świeciła pustkami. Facet nie przestawał maszerować obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku.
- Przepraszam pana, ale naprawdę bardzo się spieszę.
- Awww. Pewnie jesteś zmęczona. Ale wiesz, nie powinnaś zamykać oczu, jak pójdziesz spać. Masz takie cudowne oczy.
Logika tego rozumowania zwaliła mnie z nóg, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Modląc się, żeby facet nie poszedł za mną do domu, przyspieszyłam tak, że już prawie biegłam.
- Aaaa...-połapał się dżentelmen- Chcesz może, żebym cię zostawił?
- Bardzo bym pana prosiła.
- No dobrze, skoro sprawię ci tym przyjemność...Miłego wieczoru w takim razie!
Paryscy stalkerzy. Nawet oni są uprzejmi.
Pierwsza zasada, kiedy masz wrażenie, że ktoś cię śledzi- iść pewnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Zwolniłam dopiero przed jakąś oświetloną restauracją, gdzie arabski kelner zamiatał plac.
- Cześć!- zawołał na mój widok- Wracasz do domu? Żartujesz chyba! Jest sobota wieczorem, trzeba iść na imprezę!
Zwątpiłam. Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęłam od środka drzwi mojej kamienicy.
Dzisiaj już nie pada. Może pójdę sobie na spacer po Dzielnicy Łacińskiej.
W świetle dnia.
I może kupię gaz pieprzowy. Na wypadek, gdyby następny stalker nie okazał się Francuzem.
Rzeczywistość, jak zwykle, zweryfikowała trochę moje zapędy. Ostatni tydzień pracy i latania po uczelni w celu załatwienia wszystkich papierków świata (a wygląda na to, że to dopiero początek...) zmęczył mnie tak, że całą sobotę przesiedziałam w mieszkanku, nagrywając piosenki. Na dodatek od mojego przyjazdu pogoda wydaje się zachęcać do myśli samobójczych. Non stop leje.
"Własne" mieszkanko ma wiele zalet. Np. takie, że jest się samemu. Ma też wiele wad. Np. takie, że jest się samemu. Ciągle. Teoretycznie nie powinnam narzekać tu na samotność, bo mam w mieście co najmniej piątkę znajomych, na których mogę liczyć, plus zawsze mogę wykonać awaryjny telefon do Rodzinki z Bretanii ;) Ale dopiero teraz zorientowałam się, jak to jest, kiedy rodzina została w Polsce, a wszystkie współlokatorki rozjechały się za granicę (do Anglii albo do Sosnowca ;p). Pewnie musi minąć pierwszy etap przystosowywania się, zanim uznam tą sytuację za normalną.
Póki co postanowiłam iść wreszcie na imprezę ze znajomymi. W końcu jestem w Paryżu. I jest weekend. Schodzenie po drewnianych schodkach na obcasach to chyba trudniejsza rzecz niż wspinaczka górska.
Impreza jak impreza...odwiedziliśmy parę ciekawych miejsc. Klub, w którym byliśmy jedynymi białymi, zrobił na mnie duże wrażenie. Chyba zrozumiałam, jak muszą się czuć czarnoskórzy w Polsce...jak pod ciągłym obstrzałem. Ale dobrze wiedzieć, że w Paryżu można znaleźć kawałki Afryki ;)
Nie odważyliśmy się wejść do klubu, który wyglądał jak dżungla....baliśmy się, że już stamtąd nie wyjdziemy ;p Za jakąś godzinę pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się do różnych linii metra.
Niestety nie mam stacji blisko siebie, więc o drugiej w nocy, w rzęsistym deszczu, maszerowałam raźno w drodze do domu. Na ulicy nie było żywej duszy.
- Dobry wieczór- spod ziemi wyrósł nagle zwyczajnie wyglądający czarnoskóry pan, na oko czterdziestoletni.
- Dobry wieczór- odpowiedziałam odruchowo. Francuska uprzejmość najwyraźniej już weszła mi w nawyk. Przyspieszyłam kroku.
- Co tam u ciebie?- kontynuował facet, niezrażony- Wracasz z imprezy czy od znajomych? Spędziłaś miły wieczór? Daleko mieszkasz?
- Tak, bardzo daleko- stwierdziłam ostrożnie, unikając kontaktu wzrokowego i wypatrując gorączkowo jakiejkolwiek otwartej knajpy czy sklepu. Nie zdążyłam się nawet zbytnio zdenerwować. Gdyby nie pora, sytuacja w ogóle nie wydałaby mi się dziwna- zwykła francuska wymiana zdań z nieznajomym człowiekiem. Ale była druga w nocy. A ulica, jak przedtem, świeciła pustkami. Facet nie przestawał maszerować obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku.
- Przepraszam pana, ale naprawdę bardzo się spieszę.
- Awww. Pewnie jesteś zmęczona. Ale wiesz, nie powinnaś zamykać oczu, jak pójdziesz spać. Masz takie cudowne oczy.
Logika tego rozumowania zwaliła mnie z nóg, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Modląc się, żeby facet nie poszedł za mną do domu, przyspieszyłam tak, że już prawie biegłam.
- Aaaa...-połapał się dżentelmen- Chcesz może, żebym cię zostawił?
- Bardzo bym pana prosiła.
- No dobrze, skoro sprawię ci tym przyjemność...Miłego wieczoru w takim razie!
Paryscy stalkerzy. Nawet oni są uprzejmi.
Pierwsza zasada, kiedy masz wrażenie, że ktoś cię śledzi- iść pewnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Zwolniłam dopiero przed jakąś oświetloną restauracją, gdzie arabski kelner zamiatał plac.
- Cześć!- zawołał na mój widok- Wracasz do domu? Żartujesz chyba! Jest sobota wieczorem, trzeba iść na imprezę!
Zwątpiłam. Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęłam od środka drzwi mojej kamienicy.
Dzisiaj już nie pada. Może pójdę sobie na spacer po Dzielnicy Łacińskiej.
W świetle dnia.
I może kupię gaz pieprzowy. Na wypadek, gdyby następny stalker nie okazał się Francuzem.
poniedziałek, 9 września 2013
Na początek dostaniesz...obuchem w łeb ;D
Tak zwanej emigracji na próbę ciąg dalszy: Erasmus w Paryżu. Jestem tu od czterech dni i właściwie jeszcze tego nie zarejestrowałam. Ledwo zdołałam wprowadzić się do mojego cudnego malutkiego studia (to moje pierwsze niezależne mieszkanie, więc muszę się nim trochę, jak to pięknie mówimy na Śląsku, poasić), a już nastał pierwszy, organizacyjny dzień na uczelni. I jednocześnie pierwszy dzień pracy. Wszystko naraz.
Université Sorbonne Nouvelle przyjęło nas z otwartymi ramionami. I zasypało od wejścia papierkową robotą, komplikacjami administracyjnymi oraz ulotkami wszelkiej maści. Zajęcia na szczęście zaczynają się dopiero za 2 tygodnie, ale do tego czasu trzeba załatwić ubezpieczenie, uzyskać kartę studenta, iść do biblioteki, zapisać się na właściwy wydział oraz zajęcia dodatkowe, słowem, ogarnąć cały świat. Na szczęście z Sosnowca przybyliśmy solidną dwuosobową ekipą, więc dajemy radę. Poza tym poznaliśmy jeszcze dzisiaj Włocha i dwie miłe Hiszpanki, zaczyna się zatem tworzyć coś w rodzaju grupy :) Moje życie studenckie na razie nie zdążyło się zacząć, ale nie dlatego, że nic się dookoła nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Tylko nie mam nawet czasu zebrać myśli. Po ogólnoerasmusowym teście z francuskiego (dwie godziny i dość wyprany mózg) poleciałam na autobus, żeby zdążyć do pracy.
Dobra, może mam trochę nierealistyczne oczekiwania po Bretanii, gdzie Mama wzięła dzień wolnego, żeby mi wszystko pokazać, a Tata do dzisiaj pisze mi na facebooku, że Dziecko za mną tęskni. To była rodzina...no, może nie idealna, ale niemająca świra. Teraz..cóż...
Pracuję teoretycznie cztery wieczory w tygodniu, trzy razy u mamy i raz u taty. Do taty, nadzianego i wziętego chirurga plastycznego, wyglądającego jak mafioso, przylgnęło od razu przezwisko Ojciec-Właściciel. Poza tym, że zachowuje się, jakby był samym Panem Bogiem, jest dosyć miły i to z nim załatwiałam wszystkie formalności. Mamy nie znałam aż do dzisiaj, kiedy to otwarła mi drzwi z dwójką młodszych dzieci. Po jakichś dwóch minutach ochrzciłam ją Mamą-Zołzą.
Nawet nie zdążyłam się niczemu przyjrzeć, niczego się napić, z nikim porozmawiać...w ogóle nic. Przywitałam się jeszcze z dwojgiem starszych dzieci (trochę ćmiło mi się w oczach, ale zdołałam zapamiętać, jak które ma na imię), poznałam ich długoletnią nianię/pomoc domową...i zasiadłam do odrabiania zadań z całą czwórką. Jeszcze nie do końca wiedziałam, na czym ma polegać moja praca, a już znalazłam się w roli korepetytora od wszystkiego. Postanowiłam wziąć byka za rogi.
Najmłodsze dziecko, śliczna blond sześciolatka, dostała od razu ksywkę Aniołek. Odrabianie jej zadania trwało pięć minut, na szczęście wszystko już umiała. Zostawiłam ją przy rysowaniu i podeszłam do ośmiolatki, zwanej dla kontrastu Diabełkiem (ale głównie przez kolor włosów ;p). Marudziła właśnie, że nie wie, o co chodzi w ćwiczeniu.
- Jak czegoś nie rozumiecie, to pytajcie Anny- obwieściła wszem i wobec Mama-Zołza, po czym...wyszła. Nakazałam sobie spokój i pochyliłam się nad książką.
Zadanie z dwoma gwiazdkami. Polecenie brzmiało: "Zapisz słownie wiadomości napisane literami". Pierwszy przykład: "L A AC D T".
Poczułam, że mózg mi się ulatnia.
- Nie rozumiem- wzniosły się ku mnie wielkie brązowe oczy- Co tu trzeba zrobić?
Jak na komendę wszystkie dzieci przestały pisać i zapadła cisza. Wpatrywały się we mnie pytająco cztery pary oczu. W głowie zapalił mi się wielki czerwony neon z napisem: JEZUS MARIA. Epic fail.
Wybrałam jedyne wyjście, jakie mi pozostało- zachować się rozbrajająco i czekać na wybawienie.
- Nie wiem- przyznałam, po czym zaczęłam się śmiać, a dzieci za mną- W życiu nie widziałam takiego zadania!
Mama-Zołza, która właśnie wróciła, zmiażdżyła mnie spojrzeniem pełnym pogardy. Wódz, najstarszy z rodzeństwa, rezolutny dwunastolatek, podniósł się z krzesła i podszedł do nas.
- Poczekaj, ja też miałem takie zadania, one są dziwne...Aha, zobacz, trzeba to powiedzieć głośno i potem napisać zdanie, które słyszysz. Widzisz? Elle a assez de thé. I już! Tylko teraz ona musi to napisać bez błędów!
Miałam ochotę go wycałować, ale podziękowałam tylko i wróciłam do małej. Wkrótce przy stole został tylko Kujonek, ambitna, ale dość powolna jedenastolatka, która wszystko musiała mieć poukładane i podkreślone na kolorowo od linijki. Dziękując Bogu i wykładowcom za moje studia filologiczne, pomagałam jej w zadaniach typu "zakreśl ósemką zaimek, a łyżeczką grupę nominalną" i odsyłałam ją cichaczem do brata przy ćwiczeniach z historii. Kołysząc Aniołka, który wpakował mi się na kolana, obiecałam sobie, że następnym razem nigdzie się nie ruszam bez komputera z internetem i porządnym słownikiem.
Tak oto spędziłam cały wieczór z dziećmi i Panią Mołdawianką, nianią i pomocą domową, która zadawała mi pytania w stylu: "Na ile lat tu zostajesz?" i "Jesteś mężatką?". Sprzątając z nią ze stołu po kolacji, czułam się jak na planie filmu "Służące". Inny wymiar.
Mama-Zołza wróciła tym razem wcześniej i raczyła wreszcie zamienić ze mną parę słów. Na koniec wydawała się nawet dosyć miła. Chociaż tutejsza mentalność rozkłada na łopatki. Plusem jest to, że dzieci, chociaż trochę rozbrykane, są urocze i da się z nimi dogadać. Dwoje starszych chyba bardzo mnie polubiło, a maluchy, nie wiedzieć czemu, pokochały mnie od razu wielką miłością i nie chciały puścić do domu. Wyszłam w końcu, niosąc w torebce dwa rękodzieła, z których jedno głosiło: "Dla Anny. Jesteś miła. Jesteś inteligentna. Jesteś piękna. Jesteś wszystko", a drugie: "Jesteś piękna bardzo bardzo ładny".
Cute cute cute.
Tak jest...Paryż nie odpuszcza. Zanim się wszystko załatwi, ogarnie i się zaaklimatyzuje, musi chyba minąć trochę czasu. Ale na pewno nie będę się tu nudzić ;D
Université Sorbonne Nouvelle przyjęło nas z otwartymi ramionami. I zasypało od wejścia papierkową robotą, komplikacjami administracyjnymi oraz ulotkami wszelkiej maści. Zajęcia na szczęście zaczynają się dopiero za 2 tygodnie, ale do tego czasu trzeba załatwić ubezpieczenie, uzyskać kartę studenta, iść do biblioteki, zapisać się na właściwy wydział oraz zajęcia dodatkowe, słowem, ogarnąć cały świat. Na szczęście z Sosnowca przybyliśmy solidną dwuosobową ekipą, więc dajemy radę. Poza tym poznaliśmy jeszcze dzisiaj Włocha i dwie miłe Hiszpanki, zaczyna się zatem tworzyć coś w rodzaju grupy :) Moje życie studenckie na razie nie zdążyło się zacząć, ale nie dlatego, że nic się dookoła nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Tylko nie mam nawet czasu zebrać myśli. Po ogólnoerasmusowym teście z francuskiego (dwie godziny i dość wyprany mózg) poleciałam na autobus, żeby zdążyć do pracy.
Dobra, może mam trochę nierealistyczne oczekiwania po Bretanii, gdzie Mama wzięła dzień wolnego, żeby mi wszystko pokazać, a Tata do dzisiaj pisze mi na facebooku, że Dziecko za mną tęskni. To była rodzina...no, może nie idealna, ale niemająca świra. Teraz..cóż...
Pracuję teoretycznie cztery wieczory w tygodniu, trzy razy u mamy i raz u taty. Do taty, nadzianego i wziętego chirurga plastycznego, wyglądającego jak mafioso, przylgnęło od razu przezwisko Ojciec-Właściciel. Poza tym, że zachowuje się, jakby był samym Panem Bogiem, jest dosyć miły i to z nim załatwiałam wszystkie formalności. Mamy nie znałam aż do dzisiaj, kiedy to otwarła mi drzwi z dwójką młodszych dzieci. Po jakichś dwóch minutach ochrzciłam ją Mamą-Zołzą.
Nawet nie zdążyłam się niczemu przyjrzeć, niczego się napić, z nikim porozmawiać...w ogóle nic. Przywitałam się jeszcze z dwojgiem starszych dzieci (trochę ćmiło mi się w oczach, ale zdołałam zapamiętać, jak które ma na imię), poznałam ich długoletnią nianię/pomoc domową...i zasiadłam do odrabiania zadań z całą czwórką. Jeszcze nie do końca wiedziałam, na czym ma polegać moja praca, a już znalazłam się w roli korepetytora od wszystkiego. Postanowiłam wziąć byka za rogi.
Najmłodsze dziecko, śliczna blond sześciolatka, dostała od razu ksywkę Aniołek. Odrabianie jej zadania trwało pięć minut, na szczęście wszystko już umiała. Zostawiłam ją przy rysowaniu i podeszłam do ośmiolatki, zwanej dla kontrastu Diabełkiem (ale głównie przez kolor włosów ;p). Marudziła właśnie, że nie wie, o co chodzi w ćwiczeniu.
- Jak czegoś nie rozumiecie, to pytajcie Anny- obwieściła wszem i wobec Mama-Zołza, po czym...wyszła. Nakazałam sobie spokój i pochyliłam się nad książką.
Zadanie z dwoma gwiazdkami. Polecenie brzmiało: "Zapisz słownie wiadomości napisane literami". Pierwszy przykład: "L A AC D T".
Poczułam, że mózg mi się ulatnia.
- Nie rozumiem- wzniosły się ku mnie wielkie brązowe oczy- Co tu trzeba zrobić?
Jak na komendę wszystkie dzieci przestały pisać i zapadła cisza. Wpatrywały się we mnie pytająco cztery pary oczu. W głowie zapalił mi się wielki czerwony neon z napisem: JEZUS MARIA. Epic fail.
Wybrałam jedyne wyjście, jakie mi pozostało- zachować się rozbrajająco i czekać na wybawienie.
- Nie wiem- przyznałam, po czym zaczęłam się śmiać, a dzieci za mną- W życiu nie widziałam takiego zadania!
Mama-Zołza, która właśnie wróciła, zmiażdżyła mnie spojrzeniem pełnym pogardy. Wódz, najstarszy z rodzeństwa, rezolutny dwunastolatek, podniósł się z krzesła i podszedł do nas.
- Poczekaj, ja też miałem takie zadania, one są dziwne...Aha, zobacz, trzeba to powiedzieć głośno i potem napisać zdanie, które słyszysz. Widzisz? Elle a assez de thé. I już! Tylko teraz ona musi to napisać bez błędów!
Miałam ochotę go wycałować, ale podziękowałam tylko i wróciłam do małej. Wkrótce przy stole został tylko Kujonek, ambitna, ale dość powolna jedenastolatka, która wszystko musiała mieć poukładane i podkreślone na kolorowo od linijki. Dziękując Bogu i wykładowcom za moje studia filologiczne, pomagałam jej w zadaniach typu "zakreśl ósemką zaimek, a łyżeczką grupę nominalną" i odsyłałam ją cichaczem do brata przy ćwiczeniach z historii. Kołysząc Aniołka, który wpakował mi się na kolana, obiecałam sobie, że następnym razem nigdzie się nie ruszam bez komputera z internetem i porządnym słownikiem.
Tak oto spędziłam cały wieczór z dziećmi i Panią Mołdawianką, nianią i pomocą domową, która zadawała mi pytania w stylu: "Na ile lat tu zostajesz?" i "Jesteś mężatką?". Sprzątając z nią ze stołu po kolacji, czułam się jak na planie filmu "Służące". Inny wymiar.
Mama-Zołza wróciła tym razem wcześniej i raczyła wreszcie zamienić ze mną parę słów. Na koniec wydawała się nawet dosyć miła. Chociaż tutejsza mentalność rozkłada na łopatki. Plusem jest to, że dzieci, chociaż trochę rozbrykane, są urocze i da się z nimi dogadać. Dwoje starszych chyba bardzo mnie polubiło, a maluchy, nie wiedzieć czemu, pokochały mnie od razu wielką miłością i nie chciały puścić do domu. Wyszłam w końcu, niosąc w torebce dwa rękodzieła, z których jedno głosiło: "Dla Anny. Jesteś miła. Jesteś inteligentna. Jesteś piękna. Jesteś wszystko", a drugie: "Jesteś piękna bardzo bardzo ładny".
Cute cute cute.
Tak jest...Paryż nie odpuszcza. Zanim się wszystko załatwi, ogarnie i się zaaklimatyzuje, musi chyba minąć trochę czasu. Ale na pewno nie będę się tu nudzić ;D
Subskrybuj:
Posty (Atom)