czwartek, 29 sierpnia 2013

Adieu, Bretagne!

Tak oto nadszedł przedostatni dzień mojego pobytu w pięknym mieście Carnac. Co prawda jutro czeka mnie jeszcze jeden dzień pilnowania Małego wraz z Tatą (w sensie, że Tata będzie pomagał mi pilnować ;p) a potem mały rejs łódką po morzu, ale nie będę już miała niestety czasu na pisanie. Wieczorem znowu do Paryża, a potem- do Polski. Chociaż nie na długo.

Nie wiem, czy jeszcze będę spędzać wakacje jako au pair. Chyba zbadałam już swoje granice tolerancji na sporty ekstremalne. Szukanie rodziny przez internet i podróż w nieznane to trochę rosyjska ruletka. Chociaż tym razem wyjątkowo mi się udało. Nie tylko, że spędziłam miesiąc wśród plaż, menhirów i bretońskich domków z kamienia, ale najwyraźniej zyskałam parę przyjaciół na mój rok we Francji...a może i na dłużej. Jak powiedział mi jakiś czas temu Tata:

- Wiesz, jak ci się znudzi ten Paryż i będziesz kiedyś chciała wrócić do domu, to pakuj się
i przyjeżdżaj!
-...do domu?
-Nooo! Nie będziesz przecież cały rok siedzieć w mieście!

Awwww.

Na pożegnanie z Bretanią zamieszczam parę zdjęć, które zrobiłam przez ten miesiąc. Myślę, że tak czy inaczej jeszcze kiedyś tu wrócę. Póki co zostawiam Was i jadę nacieszyć się miejscem, w którym wszyscy mówią po polsku, pies merda ogonem, a mama (prawdziwa!) robi najpyszniejszy na świecie makaron. Już niedługo sezon drugi: Paryż! ;D

Menhir na menhirze menhirem poganiany.

W samolociku z panem pilotem. Odlatujemyyyy!

Jedyne zdjęcie, jakie udało mi się zrobić z samolociku...zanim padła bateria. Z dwojga złego lepiej bateria niż samolocik.

Zaprzyjaźniony bar przy porcie, gdzie dzieci dostają soczek do butelki i ciasteczka...a dorośli pyszne wino ;p

Port de la Trinité sur Mer.

Bretońska babcia przed naleśnikarnią. Były wszędzie.

Klasyczny bretocentryzm.

Warsztat pana, który naprawiał statki.

Bretoński domek.

Moje znajome konie koło domu. Niestety nie mam zdjęć z przejażdżki...

La côte sauvage, czyli dzikie wybrzeże...

...nie takie znowu dzikie...

...ale bardzo urokliwe...

:)

środa, 28 sierpnia 2013

In-freaking-croyable, czyli co słychać w Paryżu

Wyskoczyć na niecałe dwa dni do Paryża podczas urlopu, żeby poznać okolicę przed Erasmusem? W sumie czemu nie...

Już nie mogłam wysiedzieć w Bretanii. Musiałam przynajmniej zobaczyć moje tzw. mieszkanie, czyli malutkie studio, z którego mogę korzystać w zamian za wieczorną opiekę nad dziećmi cztery dni w tygodniu. Dzieci też jest czwórka, więc będzie wesoło. Ale okolica jest fantastyczna. Prawie wszędzie blisko ;D

Gardienka z kamienicy obok (dla niewtajemniczonych: to ktoś w rodzaju dozorcy) dała mi klucze, życząc przy tym, dość nieszczerze, powodzenia, kiedy powiedziałam, że mieszkam na siódmym piętrze. Jeszcze tego nie zrozumiałam, byłam pełna optymizmu. Trudno się przejmować drobiazgami w stylu siódmego piętra, kiedy jest się w pięknej paryskiej kamienicy, praktycznie w centrum Dzielnicy Łacińskiej. Gardienka zostawiła mnie więc samą w sieni i wróciła do siebie.

Pierwsza niespodzianka: winda dojeżdża tylko na szóste piętro. Duże schody, obite dywanem, również kończą się na szóstym piętrze. I na tym koniec...siódme piętro jakby nie istniało.

Chcąc, nie chcąc, zeszłam z powrotem na dół i przypomniałam sobie, co mówił mi właściciel. Jako że na siódmym piętrze znajdują się tylko chambres de bonne, czyli dawne pokoje dla służby (nie powiem, żeby dzisiaj to bardzo straciło na znaczeniu...), wchodzi się tam innymi drzwiami i innymi schodami.

Zaczęłam więc szukać tajnego wejścia na siódme piętro, dosłownie macając ściany w nadziei odkrycia drzwi. Czułam się jak ludzik w grze komputerowej, który musi włamać się do twierdzy. Kiedy wreszcie natrafiłam na drzwi, okazały się zamknięte. Spędziłam więc następny kwadrans, usiłując dostać się na klatkę schodową, ale żaden z moich kluczy nie pasował. Sezamie, otwórz się również nie działało. Wreszcie zrozumiałam, że trzeba przytknąć magnesowy breloczek do drugiego magnesu na ścianie, a wtedy drzwi się otworzą. Magia.

Ta klatka schodowa to nie chlew!!! głosiła wszem i wobec kartka przy wejściu. Nie byłam tego wcale taka pewna. Schodki, drewniane, mikroskopijne i dość obskurne, wiły się aż na siódme piętro. Jak tam wtaszczyć wszystkie bagaże, nie mam zielonego pojęcia. Ale przynajmniej oduczę się zapominania rzeczy z domu. I będę miała nogi jak Pudzian.

Wreszcie dotarłam pod swoje drzwi. Klucz pasował do zamka. Odetchnęłam z ulgą, przekręciłam klamkę, która o mało co nie została mi w ręce i...nic. Drzwi ani drgnęły.

Próbowałam wszystkiego. Naprawdę wszystkiego. Łącznie z modlitwą. W końcu stwierdziłam, że nic z tego i zadzwoniłam do gardienki. Odebrał pan gardienek. Po wysłuchaniu mojego rozpaczliwego opowiadania stwierdził, że zaraz przyjdzie.

Okazuje się, że drzwi nie otwierają się tak o, po przekręceniu klucza w zamku. To by było za proste. Uczyłam się otwierania i zamykania przez jakieś 20 minut, wliczając w to chodzenie na koniec korytarza i zawracanie, co według pana gardienka było znakomitą metodą na zapamiętywanie. W sumie od wejścia do kamienicy do otwarcia drzwi studia minęła jakaś godzina. Po prostu forteca.

Ale największy szok przeżyłam, kiedy wreszcie weszłam i wychyliłam się z okna. Po lewej stronie, proszę państwa, widać wieżę Eiffla. Z nóżkami.

Już uwielbiam to mieszkanko. Bretania Bretanią...ale chcę już do Paryża ;D


niedziela, 25 sierpnia 2013

Imprezy, imprezy...szkoda, że beze mnie...

Ostatni weekend w Bretanii. Za mną prawie cały tydzień siedzenia w domu po nocach, kiedy Rodzice, z lekkim poczuciem winy, co wieczór pytali:
- Nie będzie ci przeszkadzało, jak dzisiaj wyjdziemy?
- Oczywiście, że nie- odpowiadałam niezmiennie, zastanawiając się, jak tym razem będzie wyglądała moja kolacja (gotowe dania w stylu "ryba z ryżem w sosie cytrynowym" to jednak nie na moje nerwy) i czy Dziecku nie przypomni się akurat, że nie ma ochoty spać.

Ale dzisiaj rano skutki imprezowania już Rodziców przerosły.

Godzina 8.30. Mały zaczyna marudzić. Nigdy raczej nie wyciągam go z łóżka i nie daję mu śniadania, ale po kilkunastu minutach zrozumiałam, że ktoś musi. Tata był po nocy didżejowania, a mama po imprezie z okazji końca sezonu. Sądząc po szczelnie zamkniętych drzwiach ich sypialni, nie było co liczyć na żadne z nich.

Dobrą godzinę później z sypialni wychyliło się zaspane zombie, ubrane w koszulkę na lewą stronę i z białym konfetti we włosach. Cała kuchnia również była w konfetti. Zombie wymachiwało z nieszczęśliwą miną butelką z mlekiem.
- Zrobiłam mu rano, jak wróciłam...koło siódmej...
- Nie martw się, już jadł.
- Aaaaa...
- Impreza była?
- Yyyyy. Jeeezu.

Komunikat był aż nad wyraz zrozumiały. Chwilę później siedziałyśmy w kuchni, gdzie Mama zażarcie mieszała kawę, wpatrując się w przestrzeń wzrokiem topielca. Na podwórku stał tylko jeden samochód z trzech. I to akurat ten, gdzie nie ma siedzenia dla Dziecka.
- Jest tylko samochód bez siedzenia- zauważyłam ostrożnie.
- Yyyy. Merde!- dotarło do niej za dobre pięć sekund- To jak my to teraz zrobimy? Będzie trzeba jechać po ten drugi samochód i zawrócić. Wczoraj szefowi odholowali ciężarówkę sprzed klubu, musieliśmy wracać taksówkami. A oni do domu chyba wejdą przez okno. Ale jak myśmy pili...putain, c'est pas possible...Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz wróciłam tak późno.

Ja w sumie też nie.Ale rozumiem. Jak ma kto zostawać z dzieckiem, trzeba korzystać. Potem już nie będzie tak fajnie...

A z niespodzianek w życiu codziennym:
- Dziecko zrozumiało, że nie można jednocześnie pić z butelki i jeść łyżeczką,
- pan w sklepie meblowym (nie pytajcie, dlaczego chodzę po sklepach meblowych) okazał się być polskiego pochodzenia i mówić po polsku praktycznie bez akcentu: "Zna pani piosenkę "La vie en rose"? No to tę różę (przysięgam, że powiedział "tę"!) trzeba stamtąd wyciągnąć i komuś podać, a na to miejsce wstawić sztukę. Art. I będzie nasz sklep. Proszę, tu jest nasz website". :D
- można przejechać na hamulcu ręcznym całą drogę z centrum do domu, w dodatku wrzucając czasem czwarty bieg. Tylko nie wiem, jakim cudem.

Jest fajnie. Ale trochę już nie ma co robić. Jednak miesiąc w zupełności wystarczy ;p

wtorek, 20 sierpnia 2013

Wszystko przez pełnię księżyca...

Wracałyśmy z imprezy...tym razem niezbyt udanej. Kiepska muzyka (chociaż didżej świetnie się bawił), towarzystwo trochę spod ciemnej gwiazdy, a przede wszystkim napięta, nie wiedzieć czemu, atmosfera. Koleżanka au-pair'ka, która spędziła cały dzień na wyciąganiu mnie z domu, stosując wyjątkowo umiejętnie szantaż emocjonalny, teraz tylko marudziła, że nic jej się nie chce. Druga koleżanka, bardzo entuzjastycznie nastawiona do imprezy i spędzanego razem wieczoru, też już zaczynała mieć dosyć mnożących się problemów. Ja, w wielkim swetrze i z szyją obwiązaną szalikiem (look pt. biba w sanatorium), kaszlałam malowniczo, prawie wypluwając płuca. W dość podłych humorach, o czwartej rano dałyśmy spokój z czekaniem, aż impreza się rozkręci i wróciłyśmy do domu.

Następnego dnia zwlokłam się z łóżka grubo po południu, czując się jeszcze gorzej. Zeszłam na dół i pożaliłam się "Rodzicom" na swój los i na nieudany wieczór.
- No tak, przecież wczoraj była pełnia księżyca- stwierdził Tata, jakby to wszystko wyjaśniało. Mama przytaknęła:
- Jasne, Mały też był wczoraj nieznośny, no nie?

To prawda. Był raczej nie do wytrzymania. Myślałam, że to przez moją chorobę tak nie mam do niego siły, ale było to coś jeszcze. Nauczyłam się już odróżniać rodzaje jego płaczu i odpowiednio na nie reagować. Płacze: "jestem głodny", "boli mnie coś", "trzeba mi zmienić pampersa" i "trochę marudzę, bo chcę się przytulić" to nieodłączne elementy życia codziennego. Ale płacz pt. "życie jest bez sensu i wszystko mnie bez powodu wkurza" potrafi naprawdę zepsuć dzień. Dawno się tak nie cieszyłam z wieczoru. Ale co to ma wspólnego z księżycem? Który zresztą rzeczywiście był wczoraj ogromny?

-Zawsze mi mówili w klubie, że najgorsze są noce z pełnią księżyca- podjął Tata- Mało ludzi, zła atmosfera, wszystko jakieś dziwne...Kiedy byłem młodszy, to w to nie wierzyłem, ale teraz...
- Tak samo z dziećmi- wtrąciła Mama- Na porodówce słyszałam, że podczas pełni rodzi się najwięcej dzieci. A ludzie mają zły humor i denerwują się z byle powodu.
- Poza tym ubrania żółkną, jeżeli zostawisz suszarkę na dworze! Często sklepy muszą wymieniać całą wystawę. Popatrz na moją koszulę!

Trochę mi się chciało śmiać, ale wspomnienie wczorajszego dnia i nocy kazało mi ostrożnie wyciągać wnioski. Niezależnie od księżyca, dzisiaj, zamiast na plażę, poszłam do lekarza. A potem do apteki. A teraz się kuruję. Znam co prawda lepsze sposoby na spędzanie urlopu, niż leżenie w łóżku, ale cóż... Jeżeli będę już bardzo zdesperowana, przeniosę się z leżeniem na plażę ;p

sobota, 17 sierpnia 2013

Tu te débrouilles! (Poradź sobie!)

No dobra, jest to trochę w stylu tough love, ale to zdanie wygłaszam ostatnio do mojego Dziecka z pięćdziesiąt razy dziennie. Bo Dziecku się nie chce. Samemu wstać, wsadzić porządnie puzzla, wyciągnąć zabawki z pudełka, itp. Ale efekty są. Sam je (na to, jak przy tym potwornie ciaprze, spuszczam zasłonę milczenia), pije z kubeczka (przy okazji robi sobie prysznic) i sam wchodzi na swoją ciężarówkę (która się non stop przewraca, czasami razem z nim). Bywa ciężko, ale walczymy.

Swoją drogą, nie wiem, gdzie się podziały wszystkie zabawki, które nie mówią, nie grają i w ogóle nie wydają żadnych odgłosów. Marzę o stercie milczących pluszaków, i o nieświecących krzesłach. Absolutnym hitem są zabawki, które nie przestają gadać same do siebie, nawet wciśnięte w najciemniejszy kąt pudełka.

Kura wielkanocna, czyli wielkie, dziobate, turkusowe jajo skonstruowane w stylu babuszek (wkładasz jedno w drugie) już śni mi się po nocach. Szczęśliwe Dziecko wyciągnęło ją z pudełka i dało mi do potrzymania.
- Ale gdzie jest moja rodzina?- ożyła kura- Jestem taka samotna! Znajdź ich wszystkich!
Tak, niestety była pusta w środku. Usiłowałam ją wyłączyć- nic z tego, potem wyjąć baterie- bezskutecznie. Odłożyłam ją więc do pudełka i przykryłam drewnianym pociągiem. Mały zaczął się spokojnie bawić czymś innym, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Kooookokoko!- zagdakało z pudełka za dwie minuty- Dalej tu jestem!
No, przecież. Tylko nie miałam bladego pojęcia, gdzie są pozostałe jajka.
- Poszukamy dzieci kury?- zaproponowałam Małemu, starając się brzmieć zachęcająco. Popatrzył na mnie, po czym przyniósł pluszową chmurę z Ikei.
Cóż, zabrałam się więc sama do przestrząsania pudełka...niestety, nawet jak włożyłam do środka kury tylko największe jajo, ona nie dawała się nabrać i domagała się następnych, nie przestając wydawać dźwięków, od których pęka głowa. W końcu udało mi się znaleźć wszystkie "kurczątka"
- Dziękuję! Jesteśmy wszyscy razem!- doceniła mnie nareszcie kura, po czym zaczęła śpiewać piosenkę. Mały bił brawo, zachwycony nową zabawą. Po piosence wrzuciłam kurę do pudełka, posadziłam Dziecko przy cichej pluszowej farmie i z ulgą usiadłam na krześle.
- Jedziemy już?- odezwało się nagle pudełko- Wszyscy gotowi?

Tak, poza kurą jest jeszcze gadający traktor. I gadająca farma, gadająca krowa, gadający taboret oraz gadający telefon. A odkąd znalazłam wszystkie jajka, Mały przesłuchuje non stop piosenkę kury. Można zwariować. Właśnie dlatego najbardziej lubię spacery.

A wracając do tematu, radzić sobie musi nie tylko dziecko, ale ja też. Nikomu nie polecam chorowania i au-pair'owania jednocześnie, zwłaszcza jak zbliża się urlop i można by iść na plażę. Ale cała reszta idzie dobrze. Jazda samochodem nie jest tu horrorem, chociaż ciekawie jest znaleźć się na dobrej ulicy, ale jadąc w przeciwnym kierunku (orientacja w terenie ciągle jeszcze nie ta). Kontakty międzyludzkie super. Jedzenie też. Ale o tym następnym razem. Na razie uciekam na następną rundę karmienia...a raczej przyglądania się, jak Dziecko je i powtarzania non stop: "Nie bierz tyle na łyżeczkę. Tylko trochę. Nie za dużo. Nie, za dużo. Taaaak!"
Kompot i jogurt. Oj, będzie rzeź.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Życie rodzinne

Ponieważ ostatnio już nie latam samolotami po wybrzeżu (nuuudaaaa...) skupię się trochę
na szarej codzienności i mojej Rodzince, która również jest, mówiąc kolokwialnie, wrąbana
w kosmos.

Mama, połączenie fajnego szefa i przyjaciółki od wieczornych rozmów przy winie, pracuje przy wynajmowaniu łódek i innych pływających rzeczy, ma więc codzienny kontakt z formami życia nazywanymi powszechnie turystami. Przyznam, że nie lubię określenia "turysta". Kojarzy mi się ono z apatycznymi wycieczkowiczami w krótkich spodenkach, objuczonymi wielkimi aparatami i wypatrującymi najbliższej knajpki. Co innego "podróżnik"...to przywodzi na myśl zadumanego wędrowca, starającego się wczuć w kulturę, zwyczaje i język miejsca, które właśnie odwiedza. To tylko moje subiektywne wrażenie...ale na dowód przytaczam kilka zasłyszanych od Mamy haseł prawdziwych turystów:

1) Super są te przypływy i odpływy, strasznie mi się podobają! Będą też w weekendy?
(odpowiedź Mamy: No wie pani, teraz, jak skrócili tydzień pracy do 35 godzin, to trochę ciężko je zorganizować) <3
2) O której jutro będzie wiatr?
3) Myśli pani, że za tydzień o tej porze będzie ładnie?
4) Za moich czasów menhiry były bliżej plaży.
5) Mówię ci, że w zeszłym roku było więcej tych skał na morzu!
6) Czy jak wypłyniemy na morze, to będzie tam gdzieś zegar?

Współczuję pracy z turystami. Naprawdę.

Tata. Na co dzień udaje statecznego optyka, żeby dwa razy w tygodniu przeobrazić się w didżeja lokalnego klubu. Co się bardzo przydaje, jeżeli chce się z koleżankami au-pair'kami (swoją drogą samymi Polkami) pójść tam wieczorem...pokażcie mi drugiego host dad, który przynosi wszystkim drinki podczas imprezy. Hasła Taty:

Godzina 21.00, wysadza mnie pod plażą: Jak będzie jakiś problem, to zadzwoń! 
00.30: Jesteście już? Poczekam na was przed wejściem, żeby was wpuścili.
00.45: To czego się napijecie?
02.00: Ja idę. Jakby był jakiś problem, to do mojego kolegi (kolega macha) I zadzwoń!
02.40, sms: To ja idę. Napisz, jak będziecie chciały wracać, wyślę smsa do kolegi taksówkarza.
04.00, sms: Ok, już jedzie. Stójcie przed wejściem, tylko blisko ochroniarzy!
04.15, sms: Napisz mi smsa, jak będziecie w taksówce
04.45, przez telefon: No, gdzie jesteś? Jak to nie możesz wejść? Zostawiłem klucz w zamku? No to jest otwarte, tak? Ahaa, z drugiej strony...czekaj, już schodzę.
Następnego dnia, po pracy: No i co, wszyscy tam byli dla ciebie mili w klubie? Bo jak nie, to mi powiedz, zrobimy z tym porządek...

Nie ma to jak organizacja ;D

I nie ma to jak urlop. Moje Dziecko jest przekochane...wśród jego wielu zalet znajdziemy to, że śpi po południu (nie muszę dodawać, że tym samym ja również) i, jeżeli tylko wszystko mu pasuje, ciągle się śmieje i jest ogólnie zadowolone z życia. Rozumiem doskonale jego zamiłowanie do książeczek z obrazkami i pogardę dla telewizji. Mniej rozumiem, dlaczego na widok konia wydaje odgłos kury lub krowy, mimo że widzi żywe konie prawie codziennie na spacerze i tłumaczę mu do znudzenia, że koń robi "ihaaaa" i "prrrr". Musi w tym być jakaś logika, ale jeszcze nie wiem, jaka. W każdym razie, mimo wszystkich zalet mojego Dziecka, urlop to najcudowniejsza rzecz na świecie. Urlop oznacza plażę, opalanie się, spotkania z nowymi znajomymi, rower i jazdę konną w pożyczonych od Mamy ubraniach (bo kto by tam brał skarpetki do Bretanii). Jednym słowem: FUN!

środa, 7 sierpnia 2013

W wodzie, w powietrzu, na ziemi....i niedługo chyba pod

Co za czas. W dwóch słowach:

- menhiry zostały poustawiane chyba tylko po to, żeby powkurzać następne pokolenia. Tłumy turystów, złożone głównie z Anglików i paryżan, robią tysiące zdjęć różnej wielkości kamolom, wśród których pasą się owieczki,
- barierka dla dziecka przed schodami działa świetnie. Przez dobre 15 minut nie mogłam zejść na dół....uwolnił mnie dopiero pan tata,
- najbardziej znaną tu polską postacią oprócz papieża jest Lesz WaleZA. "Nooo, Lesz WaleZA! Jak to nie kojarzysz, przecież on jest Polakiem, nie? Polityk, były prezydent? Ahaaa...że jak to się wymawia po polsku? No nie mów..."
- ledwo wychylisz się na rowerze ze swojej ulicy, a już dopadają cię Brytyjczycy, którzy chcą dotrzeć do menhirów,
- połowa facetów ma na imię Jean-Marie, Jean-Pierre albo Jean-François, od którego zdrobnienie to...Jeff (bardzo francusko),
- woda nie aż tak zimna, kajaki i deski super,
- istnieje tutaj piwo na bazie wody morskiej.

A teraz trochę dłużej o wczorajszych przygodach. Siedzimy sobie spokojnie w barze z panem tatą (mały u babci, na razie ciągle mam urlop ;D). Pijemy kawę, czytamy francuskie gazety i rozmawiamy ze wszystkimi znajomymi, którzy się nawiną. Pan tata gada przez swojego iPhone'a, jak cała reszta tutejszej populacji. Nagle słyszę:
- Znajomy musi odstawić samolot z jednego miasta do drugiego. Taki mały, na dwa miejsca. Właśnie dzwoniłem i powiedział, że będzie można cię tam wsadzić.
-...
-No co, nie chcesz się przelecieć nad oceanem?
- :O...
- Problem jest tylko taki, że chyba nie zdążę cię odwieźć do tego miasta, skąd będziecie odlatywać. Są straszne korki, to potrwa wieki...
- Ja ją odwiozę- wtrącił się znajomy z baru- na motorze będzie szybciej. Jechałaś kiedyś motorem?
- :OO...
:D Niestety nie było to takie proste, bo nie przewidziałam tego typu podróży. Na szczęście dziadkowie jeżdżą motorem, więc pani babcia pożyczyła mi kask i wielki sweter, dodając mimochodem, że na pewno zwieje mi te klapeczki. Ubrana jak siódme dziecko stróża (albo raczej harleyowca) wsiadłam na motor za znajomym z baru, który ruszył z kopyta.

Kolejka w wesołym miasteczku to przy tym małe piwo. Facet gazował tak, że całe otoczenie tylko migało. Odganiając natrętną myśl, że to może być moja pierwsza i ostatnia jazda motorem, skupiłam się na ściskaniu kolanami siedzenia, żeby przypadkiem nie uderzyć w lusterka samochodów, które wyprzedzaliśmy. Nagle zamachał do nas żandarm. Zjechaliśmy na pobocze.
- Dokumenty proszę...prawo jazdy i tak dalej.
- Nie no, przecież ja nie mam prawa jazdy przy sobie- stwierdził wesoło znajomy z baru, a mnie kompletnie zatkało- Ale mam wszystkie dokumenty w domu, naprawdę. Tylko nie wziąłem, bo się spieszymy. Ona musi złapać samolot.
Żandarm zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Starałam się wyglądać tak niewinnie, jak mi na to pozwalał wielki kask i okulary przeciwsłoneczne.
- Wie pani, mademoiselle, że to niepoważne wsiadać na motor w szortach? Jak pani spadnie, to się pani totalnie poharata!
- No wiem, ale ja jadę na samolot- wyjaśniłam kompletnie bez sensu.
Żandarm westchnął ciężko, popatrzył na nas jeszcze raz i machnął ręką.
- Allez, jeźdzcie, jeźdzcie...Tylko żeby mi to było ostatni raz!
- Sympatyczny ten glina!- podsumował znajomy z baru, robiąc szaloną woltę na rondzie. Byłam zbyt zajęta utrzymywaniem się przy życiu, żeby odpowiedzieć.

W końcu dojechaliśmy do miejsca, skąd startowały wszystkie małe samolociki. Ledwo zwlokłam się z motoru i weszliśmy do pobliskiej knajpki, a już obsiadło nas pełno ludzi, którzy zaczęli się z nami witać. Jako że znajomych znajomego z baru już naprawdę nie ogarniam, nie starałam się nawet zorientować, kto jest kim. Entuzjastyczny starszy pan pocałował mnie, jak to Francuzi, w oba policzki:
- I co tam, dom już wykończony?
- Jaki dom?- zbaraniałam całkiem. Wiem już, że Jeff od ostryg z restauracją i Jeff od ostryg bez restauracji to dwie różne osoby, a Manu szef wynajmujący łódki to nie Manu najlepsza przyjaciółka...ale żebym miała dom do wykończenia?
- Jak to jaki? Wasz dom, przecież budowaliście?- zdziwił się starszy pan, wskazując na mnie i znajomego z baru.
- Aaaa, nie, nie, ja nie jestem żoną tego pana- połapałam się wreszcie- Ja tu tylko na samolot...
Starszemu panu zrobiło się tak głupio, że odszedł w przeciwnym kierunku ;p

Poznałam wreszcie pilota i wsiadłam do małego samolociku. Naprawdę małego.
- Nie wymiotować- ostrzegł uprzejmie, zapinając pasy- Bo wyrzucę przez okno.
Wystartowaliśmy i za chwilę lecieliśmy już nad oceanem, podziwiając wybrzeże i pobliskie wysepki. Pilot w pewnym momencie wyciągnął telefon (oczywiście iPhone'a) i zrobił nam zdjęcie, które wysłał panu tacie. Samolot w tym czasie spokojnie leciał sam.
- Patrz, jak tak zrobię, to będzie fajnie- rzucił nagle, po czym zanurkował samolotem i gwałtownie się podniósł- Podoba ci się?
- Nie bardzo- wykrztusiłam, powstrzymując atak mdłości- od tego się robi trochę niedobrze.
- No co ty! Nie robi się niedobrze!
Dałam spokój. Kłócenie się z pilotem, który gestykuluje obiema rękami 300 metrów nad ziemią nie ma większego sensu. Na szczęście więcej akrobacji nie było. Widoki zapierające dech w piersiach.

Wieczorem rozmowa z rodziną:
- Tutaj mają znajomego, który pilotuje takie małe samolociki...
- Jakie samolociki? Tylko do nich nie wsiadaj!
- Hmmm...

Jednak fajnie jest tak popracować w wakacje...