niedziela, 25 sierpnia 2013

Imprezy, imprezy...szkoda, że beze mnie...

Ostatni weekend w Bretanii. Za mną prawie cały tydzień siedzenia w domu po nocach, kiedy Rodzice, z lekkim poczuciem winy, co wieczór pytali:
- Nie będzie ci przeszkadzało, jak dzisiaj wyjdziemy?
- Oczywiście, że nie- odpowiadałam niezmiennie, zastanawiając się, jak tym razem będzie wyglądała moja kolacja (gotowe dania w stylu "ryba z ryżem w sosie cytrynowym" to jednak nie na moje nerwy) i czy Dziecku nie przypomni się akurat, że nie ma ochoty spać.

Ale dzisiaj rano skutki imprezowania już Rodziców przerosły.

Godzina 8.30. Mały zaczyna marudzić. Nigdy raczej nie wyciągam go z łóżka i nie daję mu śniadania, ale po kilkunastu minutach zrozumiałam, że ktoś musi. Tata był po nocy didżejowania, a mama po imprezie z okazji końca sezonu. Sądząc po szczelnie zamkniętych drzwiach ich sypialni, nie było co liczyć na żadne z nich.

Dobrą godzinę później z sypialni wychyliło się zaspane zombie, ubrane w koszulkę na lewą stronę i z białym konfetti we włosach. Cała kuchnia również była w konfetti. Zombie wymachiwało z nieszczęśliwą miną butelką z mlekiem.
- Zrobiłam mu rano, jak wróciłam...koło siódmej...
- Nie martw się, już jadł.
- Aaaaa...
- Impreza była?
- Yyyyy. Jeeezu.

Komunikat był aż nad wyraz zrozumiały. Chwilę później siedziałyśmy w kuchni, gdzie Mama zażarcie mieszała kawę, wpatrując się w przestrzeń wzrokiem topielca. Na podwórku stał tylko jeden samochód z trzech. I to akurat ten, gdzie nie ma siedzenia dla Dziecka.
- Jest tylko samochód bez siedzenia- zauważyłam ostrożnie.
- Yyyy. Merde!- dotarło do niej za dobre pięć sekund- To jak my to teraz zrobimy? Będzie trzeba jechać po ten drugi samochód i zawrócić. Wczoraj szefowi odholowali ciężarówkę sprzed klubu, musieliśmy wracać taksówkami. A oni do domu chyba wejdą przez okno. Ale jak myśmy pili...putain, c'est pas possible...Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz wróciłam tak późno.

Ja w sumie też nie.Ale rozumiem. Jak ma kto zostawać z dzieckiem, trzeba korzystać. Potem już nie będzie tak fajnie...

A z niespodzianek w życiu codziennym:
- Dziecko zrozumiało, że nie można jednocześnie pić z butelki i jeść łyżeczką,
- pan w sklepie meblowym (nie pytajcie, dlaczego chodzę po sklepach meblowych) okazał się być polskiego pochodzenia i mówić po polsku praktycznie bez akcentu: "Zna pani piosenkę "La vie en rose"? No to tę różę (przysięgam, że powiedział "tę"!) trzeba stamtąd wyciągnąć i komuś podać, a na to miejsce wstawić sztukę. Art. I będzie nasz sklep. Proszę, tu jest nasz website". :D
- można przejechać na hamulcu ręcznym całą drogę z centrum do domu, w dodatku wrzucając czasem czwarty bieg. Tylko nie wiem, jakim cudem.

Jest fajnie. Ale trochę już nie ma co robić. Jednak miesiąc w zupełności wystarczy ;p

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz