Tak, tak, wiem. Blog już ostatnio praktycznie przestał istnieć. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że dużo się działo, ale nie bardzo dało się z tego zrobić lekki materiał na blog podróżniczy. Wiem, to niewiele wyjaśnia. Więc zamiast wyjaśnień oświadczenie: I'm back! I będę tu zaglądać o wiele częściej. Obiecuję! :)
Także po kolei:
1) Praca: w tym tygodniu spuszczamy na nią zasłonę milczenia. Mam jeszcze całe 7, słownie siedem dni, kiedy nie muszę znosić niczyich humorów i obserwować na bieżąco paryskiej egzystencji tak zwanych uprzywilejowanych grup społecznych. Zamiast tego mogę spokojnie cieszyć się zwykłym życiem, co też niniejszym czynię.
2) Uczelnia: również mamy tydzień wakacji, ale tu sprawy mają się o wiele lepiej. Pierwszy semestr zaliczony, łącznie z esejem pisanym na wariata w pół godziny, żeby zdążyć na następny egzamin. Aktualnie zajęcia mają dwie zalety: taką, że są fajne i taką, że jest ich mało. Z dwoma weekendami w tygodniu czuję się jak, nie przymierzając, na KMT (ludzie z Sosnowca wiedzą, o co chodzi...i bez obrazy, ale pamiętacie te swoje wolne piątki przez całe życie! ;D) Tłumaczenia angielsko-francuskie i francusko-angielskie ćwiczą mózg i wyobraźnię, a wykładowcy doskonale odzwierciedlają mentalność poszczególnych kultur: prowadząca z językoznawstwa w połowie zajęć obraża się i wychodzi, żeby wrócić za 10 minut i przeprosić, że się obraziła (pochodzenie: południe Francji), na drugim językoznawstwie ciężka rozkmina na tablicy, jak zrobić transliterację francuskiego słowa po arabsku (pochodzenie: prawdopodobnie Maghreb) i wreszcie wykładowca na tłumaczeniach, w dyskusji z amerykańską studentką: Ja jestem z Irlandii! To tam, gdzie się mówi po angielsku tak, jak trzeba! ;p
3) Chór: wreszcie jest! Co prawda nie gospel, tylko klasyczny, ale ku mojemu zdziwieniu w ogóle mi to nie przeszkadza. The American Church in Paris, z panią pastor mówiącą kazania, dyrygentem odganiającym chórzystów od stolika z kawą, biało- zielonymi togami do śpiewania i tłumem ludzi z najróżniejszych krajów, przyciąga atmosferą akceptacji i ogólnego optymizmu. Mimo że to jeden z lepszych chórów, jakie tu słyszałam, nikt nawet nie sprawdził, czy umiem śpiewać. Uznali, że skoro tak mówię, to na pewno tak jest i powitali mnie radośnie w swoim gronie. Fakt, że w niedzielę budzę się o ósmej rano i lecę na próbę, mówi sam za siebie. Do tego wszystkiego przypomniałam sobie, jak się czyta nuty i zaczynam odgrzebywać swój klasyczny głos, zabity gwoździami i zakopany głęboko pod gospelem i popem. Ale chyba jeszcze gdzieś tam jest. Musi być, bo pod koniec marca mamy koncert z orkiestrą...na który niniejszym zapraszam wszystkich z Paryża i okolic ;)
4) Hulajnoga: bez wątpienia mój najlepszy zakup na całym Erasmusie. Pobija nawet książki i legginsy z wyprzedaży za 3,50. Hulajnoga to środek transportu szybki, lekki i uniwersalny. Dzięki niej odkryłam, że stacje metra dzieli niewielka odległość, a przemierzenie miasta z jednego "końca" rzeki na drugi wcale nie trwa tak długo. Można z nią wejść prawie wszędzie. Muzeum, bar, klub, kościół, księgarnia, sklep, autobus...próbowałam już chyba wszystkiego. Parę razy tylko musiałam ją odnieść do szatni (bo nie można tu wnosić pojazdów na kółkach) albo przesunąć (bo tu będzie szła procesja i biskup się zabije), a raz prawie się o nią wywalił osiemdziesięcioletni na oko pan z chóru (ale tylko się śmiał). Jeden upadek (nic takiego, trzeba uważać na odpływy chodnikowe) i o mało co jeden wypadek (nie zauważyłam pani stojącej naprzeciwko, ale na szczęście zdążyłam wyhamować). Poza tym, co mnie dość zaskoczyło, hulajnoga wzbudza całą gamę skrajnych emocji. Od zaciekawienia (zdjęcia i pytania, czy to elektyczne), poprzez zachwyt (ale super, daj pojeździć!) aż do dziwnych uśmieszków i spojrzeń w rodzaju: taka duża, a jeszcze się bawi. Nieważne. Hulajnogi są super. And that's my professional opinion.
5) Wycieczki: dobra, jeszcze nie ruszyliśmy się poza Francję. Ani nawet poza Paryż. Ale z takimi znajomymi jak moi nie da się nudzić ani przez chwilę. Okazało się, że do wspaniałej paryskiej Opery można się dostać za 20 euro i jeszcze siedzieć na miejscach, które normalnie kosztują sto. Na pchlim targu sprzedają meble jak za Napoleona, nie mówiąc już o wypchanych głowach antylop i ludzkich kościach (tak, pewnie to nielegalne, ale nikt się tym chyba nie przejmuje). W bibliotekach można przesiedzieć całe popołudnie i znaleźć inspirację do magisterki, w anglojęzycznych księgarniach od razu na wejście chcą ci robić kawę...no i zaliczyliśmy już chyba knajpki ze wszystkich krajów świata. A o imprezach nie ma co opowiadać...trzeba na nie przyjść ;p
Dużo się dzieje i Erasmus się rozkręca. Robi się coraz fajniej. Co dalej, nie wiadomo...ale na razie korzystam, póki mogę :)
Pozdrawiam parysko!
niedziela, 23 lutego 2014
środa, 27 listopada 2013
Społeczeństwo bezklasowe
Wiem, wiem, wieki nic nie pisałam. Przyznaję się bez bicia- nie miałam czasu i chęci. Ogarnianie paryskiego życia potrafi jednak człowieka wykończyć. Paryżanie rozczarowują. Totalnie. Gdzie się nie obejrzysz albo uprzedzenia rasowe, albo kąśliwe uwagi, albo Zołzy. Nie można ani na chwilę odetchnąć. Od niedawna przyjmuję do wiadomości wyłącznie humorystyczny aspekt całej sytuacji- naprawdę czasem można się zdrowo uśmiać.
Ale dzisiaj sytuacja sięgnęła już szczytów absurdu.
W każdy wtorek pracuję u Ojca-Właściciela, gdzie zajmuję się jeszcze pięcioletnim kuzynem dzieci. Robię to od początku, czyli już od trzech miesięcy. Mama Pięciolatka, niezwykle kontakowa osoba, często wdaje się ze mną w różnego rodzaju egzystencjalne dyskusje, uważając najwyraźniej, że jest cool. Zaczyna nawet rozmowy o sytuacjach rodzinnych, w które się oczywiście nie wdaję, żeby potem nie okazało się, że jestem niedyskretna. Właśnie dzisiaj, w środku opowiadania mi o swoich biednych bratankach z rozbitej rodziny, wypaliła nagle:
- Bo ty się tak ładnie zawsze zajmujesz moim dzieckiem! - nie muszę dodawać, że przejście na ty zaproponowała od pierwszego spotkania- Pewnie się jeszcze zobaczymy przed Świętami, ale chciałam ci coś dać...
- Bardzo mi miło, ale naprawdę nie trzeba- odpowiedziałam odruchowo. Odpowiedź przeszła jednak prawie niezauważona.
- Bo wiesz- perorowała w dalszym ciągu, otwierając torebkę - myślałam, żeby ci kupić jakiś prezencik, ale tak się składa, że trochę nam się teraz nie układa finansowo, trochę jesteśmy teraz biedni...no ale chociaż tak symbolicznie...
Myślałam, że śnię, kiedy wydobyła z portfela dwa banknoty po 20 euro.
- Naprawdę nie trzeba - spróbowałam ostatni raz dać jej szansę na wyjście z twarzą. Uśmiechnęła się z zachwytem i schowała jeden banknot z powrotem do portfela.
- To chociaż ten jeden...będziesz miała na lody!
Tak więc żenada sięgnęła zenitu. Albo raczej dna. Oczywiście zatkało mnie do tego stopnia, że machinalnie przyjęłam ofiarowane mi łaskawie 20 euro i schowałam do torebki. Ale w przyszłym tygodniu zrobię tak, jak poradził mi mój brat- włożę do koperty 40 euro i zostawię je na stoliku. Na lody od polskiego Świętego Mikołaja. Dla rodziny o bardzo trudnej sytuacji finansowej.
Jedyny plus obcowania z paryżanami- naprawdę zrozumiem postkolonializm. I wszelkie przejawy dyskryminacji. Poczuję to na własnej skórze i nie będę się musiała zastanawiać, jak to jest. Mogę być spokojna. Pozycja imperialistycznego Francuza raczej mi nie grozi.
Un-freaking-believable.
Ale dzisiaj sytuacja sięgnęła już szczytów absurdu.
W każdy wtorek pracuję u Ojca-Właściciela, gdzie zajmuję się jeszcze pięcioletnim kuzynem dzieci. Robię to od początku, czyli już od trzech miesięcy. Mama Pięciolatka, niezwykle kontakowa osoba, często wdaje się ze mną w różnego rodzaju egzystencjalne dyskusje, uważając najwyraźniej, że jest cool. Zaczyna nawet rozmowy o sytuacjach rodzinnych, w które się oczywiście nie wdaję, żeby potem nie okazało się, że jestem niedyskretna. Właśnie dzisiaj, w środku opowiadania mi o swoich biednych bratankach z rozbitej rodziny, wypaliła nagle:
- Bo ty się tak ładnie zawsze zajmujesz moim dzieckiem! - nie muszę dodawać, że przejście na ty zaproponowała od pierwszego spotkania- Pewnie się jeszcze zobaczymy przed Świętami, ale chciałam ci coś dać...
- Bardzo mi miło, ale naprawdę nie trzeba- odpowiedziałam odruchowo. Odpowiedź przeszła jednak prawie niezauważona.
- Bo wiesz- perorowała w dalszym ciągu, otwierając torebkę - myślałam, żeby ci kupić jakiś prezencik, ale tak się składa, że trochę nam się teraz nie układa finansowo, trochę jesteśmy teraz biedni...no ale chociaż tak symbolicznie...
Myślałam, że śnię, kiedy wydobyła z portfela dwa banknoty po 20 euro.
- Naprawdę nie trzeba - spróbowałam ostatni raz dać jej szansę na wyjście z twarzą. Uśmiechnęła się z zachwytem i schowała jeden banknot z powrotem do portfela.
- To chociaż ten jeden...będziesz miała na lody!
Tak więc żenada sięgnęła zenitu. Albo raczej dna. Oczywiście zatkało mnie do tego stopnia, że machinalnie przyjęłam ofiarowane mi łaskawie 20 euro i schowałam do torebki. Ale w przyszłym tygodniu zrobię tak, jak poradził mi mój brat- włożę do koperty 40 euro i zostawię je na stoliku. Na lody od polskiego Świętego Mikołaja. Dla rodziny o bardzo trudnej sytuacji finansowej.
Jedyny plus obcowania z paryżanami- naprawdę zrozumiem postkolonializm. I wszelkie przejawy dyskryminacji. Poczuję to na własnej skórze i nie będę się musiała zastanawiać, jak to jest. Mogę być spokojna. Pozycja imperialistycznego Francuza raczej mi nie grozi.
Un-freaking-believable.
niedziela, 27 października 2013
Bretania: comeback
Szybka decyzja, szybka rezerwacja, pięć godzin samochodem z grupą bardzo gadatliwych Francuzów i voilà! Znów jestem w Bretanii!
Powiem tylko, że uwielbiam to miejsce i moją bretońską Rodzinkę. Nie tylko dlatego, że są kochani i zapraszają mnie tak po prostu na weekend, żebym miała parę dni wytchnienia. Również dlatego, że Carnac, Trinité sur Mer i inne pobliskie nadmorskie miejscowości to oaza spokoju i centrum zen. Nikt się nie spieszy, nikt nie dyskutuje o filozofii, gospodarce Stanów Zjednoczonych i teoriach literackich. Zamiast tego idziemy na wino, obiad do dziadków, owoce morza, a wieczorem oglądamy beznadziejnie głupie programy wszelkiej maści, leżąc na kanapach przed telewizorem. Słodkie nieróbstwo w czystej postaci. Nie licząc oczywiście wycieczek na Côte Sauvage w totalnym deszczu i przy rozbijających się o skały falach...po takich eskapadach trzeba zmienić garderobę, nawet jeżeli przyjechało się tylko w jednych spodniach. Plus okazjonalne zajmowanie się Małym...jutro zostajemy razem cały dzień. Ale w porównaniu z paryskimi potworkami to sama przyjemność.
Dla przypomnienia ducha Bretanii cytuję parę tekstów, które padły w rozmaitych okolicznościach:
Tata (z dumą, przy rodzinnym obiedzie): Wiecie, że ona wszystko rozumie? Po trzech latach nauki francuskiego! Wszystko, nawet żarty z piątym dnem!
Mama (rano, ubierając Małego): Jadłaś śniadanie? Na stole są te ciastka z czekoladą, które lubisz!
Dziadek (po kolacji): Następnym razem, jak przyjedziesz ich odwiedzić, wpadaj też do nas!
Tata (przy kolacji, wyjaśniając sytuację w swojej pracy): Bo wiecie, mamy samych starych klientów. No i rozumiecie, oni są starzy. A potem umierają i już klientów nie ma.
Mały (kiedy tylko znikam z horyzontu na pięć minut): Nana? Nana? Nana? (Nana to ja albo banan, w zależności od kontekstu).
Kolacje dalej trwają cztery, pięć godzin i składają się z czterech dań. Przedtem oczywiście bar, żeby się czegoś napić i niekończące się gadki ze znajomymi. Krewetki w dalszym ciągu ogromne, a zabawki Małego ciągle wydają nieziemskie odgłosy. Dzisiaj rano Tata z czystej złośliwości znalazł gadającą kurę z jajkami w środku, która będzie mnie pewnie jutro wkurzać cały dzień. Zaproponował nawet, że da mi ją do Paryża.
Poza tym pada tak, że mam wszystko mokre. Pozostaje mieć nadzieję, że buty i spodnie wyschną do jutra wieczorem. Jeżeli nie, Mama już wyposażyła mnie na tą okoliczność. Ludzie potrafią być niesamowici ;p
Reasumując: Bretania RZĄDZI! ;D
Powiem tylko, że uwielbiam to miejsce i moją bretońską Rodzinkę. Nie tylko dlatego, że są kochani i zapraszają mnie tak po prostu na weekend, żebym miała parę dni wytchnienia. Również dlatego, że Carnac, Trinité sur Mer i inne pobliskie nadmorskie miejscowości to oaza spokoju i centrum zen. Nikt się nie spieszy, nikt nie dyskutuje o filozofii, gospodarce Stanów Zjednoczonych i teoriach literackich. Zamiast tego idziemy na wino, obiad do dziadków, owoce morza, a wieczorem oglądamy beznadziejnie głupie programy wszelkiej maści, leżąc na kanapach przed telewizorem. Słodkie nieróbstwo w czystej postaci. Nie licząc oczywiście wycieczek na Côte Sauvage w totalnym deszczu i przy rozbijających się o skały falach...po takich eskapadach trzeba zmienić garderobę, nawet jeżeli przyjechało się tylko w jednych spodniach. Plus okazjonalne zajmowanie się Małym...jutro zostajemy razem cały dzień. Ale w porównaniu z paryskimi potworkami to sama przyjemność.
Dla przypomnienia ducha Bretanii cytuję parę tekstów, które padły w rozmaitych okolicznościach:
Tata (z dumą, przy rodzinnym obiedzie): Wiecie, że ona wszystko rozumie? Po trzech latach nauki francuskiego! Wszystko, nawet żarty z piątym dnem!
Mama (rano, ubierając Małego): Jadłaś śniadanie? Na stole są te ciastka z czekoladą, które lubisz!
Dziadek (po kolacji): Następnym razem, jak przyjedziesz ich odwiedzić, wpadaj też do nas!
Tata (przy kolacji, wyjaśniając sytuację w swojej pracy): Bo wiecie, mamy samych starych klientów. No i rozumiecie, oni są starzy. A potem umierają i już klientów nie ma.
Mały (kiedy tylko znikam z horyzontu na pięć minut): Nana? Nana? Nana? (Nana to ja albo banan, w zależności od kontekstu).
Kolacje dalej trwają cztery, pięć godzin i składają się z czterech dań. Przedtem oczywiście bar, żeby się czegoś napić i niekończące się gadki ze znajomymi. Krewetki w dalszym ciągu ogromne, a zabawki Małego ciągle wydają nieziemskie odgłosy. Dzisiaj rano Tata z czystej złośliwości znalazł gadającą kurę z jajkami w środku, która będzie mnie pewnie jutro wkurzać cały dzień. Zaproponował nawet, że da mi ją do Paryża.
Poza tym pada tak, że mam wszystko mokre. Pozostaje mieć nadzieję, że buty i spodnie wyschną do jutra wieczorem. Jeżeli nie, Mama już wyposażyła mnie na tą okoliczność. Ludzie potrafią być niesamowici ;p
Reasumując: Bretania RZĄDZI! ;D
środa, 16 października 2013
Paryżanie, Afrykanie i problemy pierwszego świata
Po kilku tygodniach mieszkania w Mieście Świateł, zaczęłam zauważać pewne rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. A mianowicie, jak bardzo zróżnicowana jest mentalność, zwyczaje i sposób mówienia paryskich grup społecznych. Francuzi, imigranci, turyści...często na tej samej ulicy albo nawet w tym samym domu mieszkają przedstawiciele zupełnie różnych światów.
Rodzina, u której pracuję, od początku starała się pozować na klasę wyższą lub coś w rodzaju arystokracji. Dobrze sytuowani, (delikatnie mówiąc) z dwoma mieszkaniami w Paryżu, sprzętami najnowszej generacji i markowo ubranymi dziećmi. Wrażenie to prysło już podczas pierwszego spotkania, kiedy to Ojciec-Właściciel zaczął się zastanawiać, czy zostawi mi meble po poprzedniej au pair. Zresztą meble to dużo powiedziane...stół i biurko znalazła chyba na ulicy. Potem było już tylko gorzej. Niestety, dobra sytuacja finansowa absolutnie nie gwarantuje tego, że ktoś ma klasę. Poza tym, Mama-Zołza nie może zacząć obiadu, bo czeka na dostawę oliwy (zamiast iść do sklepu naprzeciwko), a 11-latka rozpacza, bo ma FIFĘ 13, a właśnie wyszła 14. Ta rodzina to definicja problemów pierwszego świata. Plus paryski sposób mówienia, który zaczął mnie ostatnio wkurzać. Charakterystyczna wznosząca intonacja, wszędzie, gdzie tylko intonacja może się wznieść, utrudnia skupienie się na treści wypowiedzi. Prowokuje raczej reakcję pod tytułem: dlaczego nie możesz mówić normaaalnieeee?!
Prowadząca zajęcia z językoznawstwa jest z kolei przedstawicielką południa Francji. I też nabija się z paryskiej intonacji. Jej miękki akcent od razu zwróci uwagę każdego, kto kiedykolwiek grzał się na plaży na Lazurowym Wybrzeżu. Tak samo, jak niespożyta energia (podczas gdy cała grupa zasypia lub patrzy tępo w przestrzeń) i nieustające gestykulowanie. Oraz rzucane od czasu do czasu prowansalskie idiomy, kompletnie niezrozumiałe dla obcokrajowca.
Amerykanie, których tu spotkałam do tej pory, byli głównie turystami. Oczarowała mnie grupka w Ogrodzie Luksemburskim, rozglądająca się z zachwytem po okolicy i komentująca wszystkie pomniki, Senat i fontannę. Nagle jedna pani przemówiła w te słowa:
- Jesteśmy w takim cudownym miejscu! Sooo wonderful!
Entuzjastyczne potakiwanie całej reszty. A po chwili ciszy:
- Tylko gdzie my właściwie jesteśmy?
Nic dodać, nic ująć.
Polacy w metrze:
-No bo, k***a, nie przebrałem się, k***a, po pracy i nie wziąłem, k***a, prysznica, więc nie wiem, k***a, co teraz... A ty, k***a, wziąłeś prysznic?
Afrykanie. Poza tym, że już umierają z zimna, potrafią nieźle namieszać w głowie ciągłymi dygresjami. Wykładowca przeszedł, nie wiadomo jak, od omawiania tematów prezentacji, do przekonywania nas, że gdyby ryby miały głos, na pewno protestowałyby przeciwko połowom. Jelenie też by nie chciały, żeby do nich strzelać. A drzewa... Siedziałam otępiała, aż zagadnęła mnie koleżanka obok, też Afrykanka:
- Co tam w pracy? Musisz się dzisiaj zajmować dziećmi?
- Na szczęście nie, środy mam wolne...
- A gdzie mieszkasz? Z tą rodziną?
- Nie, nie, mam takie małe studio w tym samym budynku.
- Oooo! Możesz tam robić imprezy?
- Jasne!- odparłam naiwnie, nie domyślając się zupełnie, do czego zmierza ta rozmowa.
- Super!- nakręciła się od razu- Słuchajcie, będzie impreza!
Nim zdążyłam zrozumieć, o co chodzi, robiła już listę gości na kartce z notatkami. Unbelievable :D
I wreszcie na koniec Arabowie, pracujący w sklepie z ubraniami. Zorientowałam się właśnie, że przydałaby mi się mała torebka i oczywiście miałam problem decyzyjny. Wpatrywałam się szklanym wzrokiem w rząd różnokolorowych modeli, nie wiedząc, który wybrać.
- Wszystko w porządku?- zagadnął mnie ekspedient.
- Nie wiem, czy wziąć czerwoną, czy czarną...nie mogę się zdecydować- wyznałam, oczywiście nie oczekując żadnej rady. Co powiedziałby sprzedawca w polskim sklepie? "Obie są ładne", "proszę wziąć tą, która się pani bardziej podoba" albo inny tego typu wykręt. Tymczasem...
- Czerwona ładniejsza- zawyrokował ekspedient tonem niezbitej pewności. Po kilku sekundach refleksji przyznałam mu rację.
Podsumowując- niech żyje wielokulturowość! ;)
Rodzina, u której pracuję, od początku starała się pozować na klasę wyższą lub coś w rodzaju arystokracji. Dobrze sytuowani, (delikatnie mówiąc) z dwoma mieszkaniami w Paryżu, sprzętami najnowszej generacji i markowo ubranymi dziećmi. Wrażenie to prysło już podczas pierwszego spotkania, kiedy to Ojciec-Właściciel zaczął się zastanawiać, czy zostawi mi meble po poprzedniej au pair. Zresztą meble to dużo powiedziane...stół i biurko znalazła chyba na ulicy. Potem było już tylko gorzej. Niestety, dobra sytuacja finansowa absolutnie nie gwarantuje tego, że ktoś ma klasę. Poza tym, Mama-Zołza nie może zacząć obiadu, bo czeka na dostawę oliwy (zamiast iść do sklepu naprzeciwko), a 11-latka rozpacza, bo ma FIFĘ 13, a właśnie wyszła 14. Ta rodzina to definicja problemów pierwszego świata. Plus paryski sposób mówienia, który zaczął mnie ostatnio wkurzać. Charakterystyczna wznosząca intonacja, wszędzie, gdzie tylko intonacja może się wznieść, utrudnia skupienie się na treści wypowiedzi. Prowokuje raczej reakcję pod tytułem: dlaczego nie możesz mówić normaaalnieeee?!
Prowadząca zajęcia z językoznawstwa jest z kolei przedstawicielką południa Francji. I też nabija się z paryskiej intonacji. Jej miękki akcent od razu zwróci uwagę każdego, kto kiedykolwiek grzał się na plaży na Lazurowym Wybrzeżu. Tak samo, jak niespożyta energia (podczas gdy cała grupa zasypia lub patrzy tępo w przestrzeń) i nieustające gestykulowanie. Oraz rzucane od czasu do czasu prowansalskie idiomy, kompletnie niezrozumiałe dla obcokrajowca.
Amerykanie, których tu spotkałam do tej pory, byli głównie turystami. Oczarowała mnie grupka w Ogrodzie Luksemburskim, rozglądająca się z zachwytem po okolicy i komentująca wszystkie pomniki, Senat i fontannę. Nagle jedna pani przemówiła w te słowa:
- Jesteśmy w takim cudownym miejscu! Sooo wonderful!
Entuzjastyczne potakiwanie całej reszty. A po chwili ciszy:
- Tylko gdzie my właściwie jesteśmy?
Nic dodać, nic ująć.
Polacy w metrze:
-No bo, k***a, nie przebrałem się, k***a, po pracy i nie wziąłem, k***a, prysznica, więc nie wiem, k***a, co teraz... A ty, k***a, wziąłeś prysznic?
Afrykanie. Poza tym, że już umierają z zimna, potrafią nieźle namieszać w głowie ciągłymi dygresjami. Wykładowca przeszedł, nie wiadomo jak, od omawiania tematów prezentacji, do przekonywania nas, że gdyby ryby miały głos, na pewno protestowałyby przeciwko połowom. Jelenie też by nie chciały, żeby do nich strzelać. A drzewa... Siedziałam otępiała, aż zagadnęła mnie koleżanka obok, też Afrykanka:
- Co tam w pracy? Musisz się dzisiaj zajmować dziećmi?
- Na szczęście nie, środy mam wolne...
- A gdzie mieszkasz? Z tą rodziną?
- Nie, nie, mam takie małe studio w tym samym budynku.
- Oooo! Możesz tam robić imprezy?
- Jasne!- odparłam naiwnie, nie domyślając się zupełnie, do czego zmierza ta rozmowa.
- Super!- nakręciła się od razu- Słuchajcie, będzie impreza!
Nim zdążyłam zrozumieć, o co chodzi, robiła już listę gości na kartce z notatkami. Unbelievable :D
I wreszcie na koniec Arabowie, pracujący w sklepie z ubraniami. Zorientowałam się właśnie, że przydałaby mi się mała torebka i oczywiście miałam problem decyzyjny. Wpatrywałam się szklanym wzrokiem w rząd różnokolorowych modeli, nie wiedząc, który wybrać.
- Wszystko w porządku?- zagadnął mnie ekspedient.
- Nie wiem, czy wziąć czerwoną, czy czarną...nie mogę się zdecydować- wyznałam, oczywiście nie oczekując żadnej rady. Co powiedziałby sprzedawca w polskim sklepie? "Obie są ładne", "proszę wziąć tą, która się pani bardziej podoba" albo inny tego typu wykręt. Tymczasem...
- Czerwona ładniejsza- zawyrokował ekspedient tonem niezbitej pewności. Po kilku sekundach refleksji przyznałam mu rację.
Podsumowując- niech żyje wielokulturowość! ;)
wtorek, 15 października 2013
Rozdwojenie jaźni
Aż dziwne, że w jednym miejscu można na przemian dostawać szału i przyjemnie spędzać czas. Przykład? Dzisiaj przyszłam, jak zwykle, do pracy i dowiedziałam się, że musiałabym zostać do jedenastej w nocy. Skrucha w oczach Ojca-Właściciela z całą pewnością udawana. Do tego jeszcze piąte dziecko (Mały Kuzyn) i trochę creepy Pan Wujek, który miał tylko wpaść odebrać małego, a siedział chyba z godzinę. Plus fakt, że nie jestem teraz w moim mieszkanku i nie oglądam Chirurgów, tylko koczuję na kanapie w burżujskim paryskim mieszkaniu i piszę bloga.
Ale tu zaczyna się ta przyjemniejsza część. Bo wielkie okno w salonie wychodzi na oświetlony kościół Val-de-Grâce. Bo dzieci już śpią i tym razem obyło się nawet bez większych cyrków. Bo sąsiad z góry okazał się nagle wirtuozem fortepianu i zasunął półgodzinny koncert, który świetnie było słychać. Przy takiej muzyce notatki z gospodarki Stanów Zjednoczonych same wchodzą do głowy. Nawet kolację tutaj zjadłam (tak, tak, ten dzień wreszcie nadszedł), chociaż Mały Kuzyn ukradł mi jajko prosto z talerza. Teraz rozkoszuję się niezmąconą ciszą, przerywaną tylko przez przejeżdżające czasem samochody i szum zmywarki.
Jeszcze tylko ten tydzień. Potem dzieci mają aż 16 dni wakacji, więc będę mogła skupić się na uczelni i na udawaniu, że mam w tym mieście jakieś życie. W pracy moją jedyną rozrywką jest odprowadzanie dzieci na judo i podziwianie tamtejszych widoków (czytaj: pana trenera ;p). Z całą pewnością nie jest to definicja szalonej imprezy. Ale cóż. Już niedługo.
Co do ciekawych socjologicznie miejsc w Paryżu, polecam dziesiątą dzielnicę, a szczególnie pewną afrykańską knajpkę, do której francuski sanepid na pewno nie zagląda. Jakby zajrzał, prawdopodobnie by ją zamknął...a szkoda by było, bo za 5 euro można tam zamówić talerz jedzenia, które osobiście trawiłabym przez tydzień, gdybym zdołała je skończyć. Knajpka ma klimat...ciężkie do wymówienia nazwy dań, plastikowe talerze, mikrofalówki oraz dosiadający się Afrykańczycy, zaintrygowani egzotyką twojego kraju. I nie mniej zaintrygowani Europejczycy, zastanawiający się, co właściwie jedzą i dlaczego to mięso wygląda jak błoto. Ale nie należy sądzić po pozorach. Było pyszne.
Poza tym mogę uznać, że się zadomawiam. Moje mieszkanko ma nawet domofon, którego działanie odkryłam przypadkiem. Wiem już, gdzie kupić dobre krewetki, na ile mniej więcej starcza mi bagietka i że czasem muszę jednak włączyć kaloryfer. Z polską zimą ma to jednak jak na razie niewiele wspólnego. (Chociaż koleżanka z Etiopii już zamarza.) W dalszym ciągu nie znalazłam żadnego chóru gospel...albo nie wyrabiam się godzinowo, albo nie można się tam dołączyć, słowem, jest to trudniejsze, niż myślałam. Gdyby ktoś miał informacje na ten temat, z chęcią skorzystam :)
A póki co muszę wymyślić jakiś sposób, żeby Ojciec-Właściciel nie zastał mnie śpiącej na kanapie. Może jednak zobaczę tych Chirurgów. Ale po cichu.
Ale tu zaczyna się ta przyjemniejsza część. Bo wielkie okno w salonie wychodzi na oświetlony kościół Val-de-Grâce. Bo dzieci już śpią i tym razem obyło się nawet bez większych cyrków. Bo sąsiad z góry okazał się nagle wirtuozem fortepianu i zasunął półgodzinny koncert, który świetnie było słychać. Przy takiej muzyce notatki z gospodarki Stanów Zjednoczonych same wchodzą do głowy. Nawet kolację tutaj zjadłam (tak, tak, ten dzień wreszcie nadszedł), chociaż Mały Kuzyn ukradł mi jajko prosto z talerza. Teraz rozkoszuję się niezmąconą ciszą, przerywaną tylko przez przejeżdżające czasem samochody i szum zmywarki.
Jeszcze tylko ten tydzień. Potem dzieci mają aż 16 dni wakacji, więc będę mogła skupić się na uczelni i na udawaniu, że mam w tym mieście jakieś życie. W pracy moją jedyną rozrywką jest odprowadzanie dzieci na judo i podziwianie tamtejszych widoków (czytaj: pana trenera ;p). Z całą pewnością nie jest to definicja szalonej imprezy. Ale cóż. Już niedługo.
Co do ciekawych socjologicznie miejsc w Paryżu, polecam dziesiątą dzielnicę, a szczególnie pewną afrykańską knajpkę, do której francuski sanepid na pewno nie zagląda. Jakby zajrzał, prawdopodobnie by ją zamknął...a szkoda by było, bo za 5 euro można tam zamówić talerz jedzenia, które osobiście trawiłabym przez tydzień, gdybym zdołała je skończyć. Knajpka ma klimat...ciężkie do wymówienia nazwy dań, plastikowe talerze, mikrofalówki oraz dosiadający się Afrykańczycy, zaintrygowani egzotyką twojego kraju. I nie mniej zaintrygowani Europejczycy, zastanawiający się, co właściwie jedzą i dlaczego to mięso wygląda jak błoto. Ale nie należy sądzić po pozorach. Było pyszne.
Poza tym mogę uznać, że się zadomawiam. Moje mieszkanko ma nawet domofon, którego działanie odkryłam przypadkiem. Wiem już, gdzie kupić dobre krewetki, na ile mniej więcej starcza mi bagietka i że czasem muszę jednak włączyć kaloryfer. Z polską zimą ma to jednak jak na razie niewiele wspólnego. (Chociaż koleżanka z Etiopii już zamarza.) W dalszym ciągu nie znalazłam żadnego chóru gospel...albo nie wyrabiam się godzinowo, albo nie można się tam dołączyć, słowem, jest to trudniejsze, niż myślałam. Gdyby ktoś miał informacje na ten temat, z chęcią skorzystam :)
A póki co muszę wymyślić jakiś sposób, żeby Ojciec-Właściciel nie zastał mnie śpiącej na kanapie. Może jednak zobaczę tych Chirurgów. Ale po cichu.
poniedziałek, 7 października 2013
Cette ville est folle!
Kto zgadnie, co robiłam dzisiaj rano? Dzisiejszego pięknego, słonecznego paryskiego poranka, przed zajęciami? Spałam, jak to zwykle robię, kiedy tylko mam szansę? Byłam na romantycznym spacerze nad Sekwaną? Otóż nie. Dzisiaj rano, proszę państwa, na dobry początek tygodnia, pojechałam na drugi koniec miasta do sklepu z bronią, prowadzonego przez smutnego pana i jego równie apatycznego buldoga. I tam właśnie kupiłam gaz pieprzowy.
Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.
Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!
A tymczasem w pracy:
Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?
...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.
Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.
Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.
Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!
A tymczasem w pracy:
Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?
...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.
Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.
piątek, 27 września 2013
Run, baby, run!
Dlaczego paryżanie mają obsesję na punkcie planowania? Dlaczego nie mogą usiedzieć pięciu minut (chyba że przy jedzeniu) i non stop gdzieś latają? Już zrozumiałam. Życie w Paryżu jest jak nie dająca się wyłączyć bieżnia- albo cały czas przebierasz nogami, albo wypadasz z gry.
Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.
Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!
Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.
A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.
Oooook.
Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.
Ale na razie biegnę dalej :)
Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.
Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!
Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.
A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.
Oooook.
Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.
Ale na razie biegnę dalej :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)