Pełna jak najlepszych chęci i zapału do pracy wybrałam się w
wieloetapową drogę do Bretanii. Oczywiście nie udało mi się przespać nocy, więc
planowałam nadrobić to w samolocie, busie do Paryża oraz w pociągu.
Lot wyglądał mniej więcej tak:
Chłopczyk na siedzeniu obok mnie (dziecko hybrydowe nr 1): Alors, maman, ja chcę tą karetkę z lego
i ten autobus, a teraz chcę dwa ciastka. Kiedy lądujemy, już lądujemy? Uszy
mnie bolą!
Dziewczynka z przodu (dziecko hybrydowe nr 2): Maman, daj mi kotka! Daj mi kotka!
Kotkaaaa!
Francuskie rodzeństwo po lewej: Ja też chcę tak przelecieć
nad siedzeniem jak on! Tatooo, czemu mnie tak nie przełożysz?
Dzidziuś z tyłu: AAAAAAAA!!!
Dobra, nic straconego, wyśpimy się w busie. Chyba że...
Chłopczyk siedzący za mną przez dwie godziny: Mamooo, a czy ty musisz odrabiać zadania domowe? Czemu nie
można schodzić do góry? A można wchodzić tak bardziej na dół? Czy François
Hollande będzie długo naszym prezydentem? Jak będzie dobrze pracował, to
będzie? Czyli jak będzie dobrze pracował, to już będzie zawsze prezydentem? A
jak nie będzie pracował, to przestanie? Mamooo, a wiesz, kto to jest tam z
przodu?
Umęczona matka: Nie wiem...
Mały: A ja wiem, powiedzieć ci? To jest kierowca! Mamooo, a
czy on jest zmęczony?
Mama: Pewnie trochę jest.
Mały: Mamooo, a ty jesteś zmęczona?
Mama: Jestem, ale jak mi ciągle zadajesz pytania, to nie
mogę sobie odpocząć!
Mały: Aha.
(za trzy sekundy): Mamooo? Dalej jesteś zmęczona?
No i wreszcie pociąg. Trzy i pół godziny ciszy i spokoju.
Tylko że już mi się z tego wszystkiego odechciało spać. Jeszcze dobrze nie dojechałam, a już na widok dziecka dostaję zawału. Nie ma to jak dobrze zacząć ;p
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz