sobota, 3 sierpnia 2013

Podróż



Pełna jak najlepszych chęci i zapału do pracy wybrałam się w wieloetapową drogę do Bretanii. Oczywiście nie udało mi się przespać nocy, więc planowałam nadrobić to w samolocie, busie do Paryża oraz w pociągu.

Lot wyglądał mniej więcej tak:

Chłopczyk na siedzeniu obok mnie (dziecko hybrydowe nr 1): Alors, maman, ja chcę tą karetkę z lego i ten autobus, a teraz chcę dwa ciastka. Kiedy lądujemy, już lądujemy? Uszy mnie bolą!
Dziewczynka z przodu (dziecko hybrydowe nr 2): Maman, daj mi kotka! Daj mi kotka! Kotkaaaa!
Francuskie rodzeństwo po lewej: Ja też chcę tak przelecieć nad siedzeniem jak on! Tatooo, czemu mnie tak nie przełożysz?
Dzidziuś z tyłu: AAAAAAAA!!!

Dobra, nic straconego, wyśpimy się w busie. Chyba że...

Chłopczyk siedzący za mną przez dwie godziny: Mamooo, a czy ty musisz odrabiać zadania domowe? Czemu nie można schodzić do góry? A można wchodzić tak bardziej na dół? Czy François Hollande będzie długo naszym prezydentem? Jak będzie dobrze pracował, to będzie? Czyli jak będzie dobrze pracował, to już będzie zawsze prezydentem? A jak nie będzie pracował, to przestanie? Mamooo, a wiesz, kto to jest tam z przodu?
Umęczona matka: Nie wiem...
Mały: A ja wiem, powiedzieć ci? To jest kierowca! Mamooo, a czy on jest zmęczony?
Mama: Pewnie trochę jest.
Mały: Mamooo, a ty jesteś zmęczona?
Mama: Jestem, ale jak mi ciągle zadajesz pytania, to nie mogę sobie odpocząć!
Mały: Aha.
(za trzy sekundy): Mamooo? Dalej jesteś zmęczona?

No i wreszcie pociąg. Trzy i pół godziny ciszy i spokoju. Tylko że już mi się z tego wszystkiego odechciało spać. Jeszcze dobrze nie dojechałam, a już na widok dziecka dostaję zawału. Nie ma to jak dobrze zacząć ;p

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz