poniedziałek, 10 marca 2014

Wypady za miasto

Wiosna! Słońce! Ciepło!

Wakacje?

Nie całkiem...ale w końcu Erasmus to Erasmus. Wakacje są wtedy, kiedy na chwilę zamkniesz oczy i bardzo chcesz, żeby przyszły :D Nastał więc czas wyjazdów, wycieczek małych i dużych oraz imprez nad Sekwaną. Żyć, nie umierać!

Na początek ruszyliśmy się za granicę. Tak jakby...

- Jak było w Belgii? Jak było w Belgii? - rzucili się na mnie amerykańscy znajomi z chóru, kiedy tylko przestąpiłam próg kościoła. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Po niecałych dwóch dniach w tym małym kraiku płynącym piwem i czekoladą mogę co najwyżej wciągać pochopne wnioski. A są one następujące:

1) Ziiiiiimnooooo! deszcze i dreszcze! Dobra, wierzę na słowo znajomej, która przebywa tam na Erasmusie (btw: dziękujemy za gościnę!) - na pewno bywa tam cieplej. Może nawet kiedyś pojawia się słońce. Ale póki co czułam sie tam co najmniej jak w Kanadzie.

2) Surrealizm.  Zawsze i wszędzie. Domki w centrum każdy w innym stylu. Niepokojące rzeźby i grafitti...szczytem wszystkiego był Manneken-Pis, posąg sikającego chłopca, którego nie było widać spod włożonych na niego ubrań. Oprócz niego jest jeszcze sikająca dziewczynka i sikający pies. Pytanie, które samo ciśnie się na usta: ile można sikać? Sztuczne jezioro z pływającym po nim pelikanem. I tak dalej. Człowiek ma uczucie, że na każdym kroku ktoś robi go w konia.

3) Czekolada i piwo. Taaaak...tu nikt nie przesadzał. Specjalną fanką piwa nie jestem, ale dla każdego innego studenta jest to z całą pewnością raj. A czekolada...tego nie da się opisać. To trzeba zjeść. I najlepiej nie przyjeżdżać do tego kraju z kartą bankomatową, bo straty mogą być znaczne. Pokusa spróbowania wszystkich smaków czekolady na świecie jest po prostu zbyt silna.

Belgia jest więc krajem pewnych kontrastów, na które nikt zdaje się nie zwracać uwagi. Wycieczka była z całą pewnością interesująca. Drugi dzień upłynął nam w Louvain-la-Neuve, około sześćdziesięcioletnim miasteczku uniwersyteckim, zaludnionym praktycznie przez samych studentów. Okazało się, że po jego zwiedzeniu (które trwało jakieś dwie godziny) pozostaje tylko siedzieć w kuchni międzynarodowego akademika i uczyć się słówek na kolokwium, męcząc Belgów o doprecyzowanie, co to są oeufs pochés i czym się różnią od sadzonych. Okazuje się, że takie wyjaśnienia zapamiętuje się do końca życia ;)

A niedziela upłynęła nam za miastem. Jak rasowi paryżanie wybraliśmy się na łono natury: do Provins, średniowiecznego miasteczka na granicy Ile-de-France. I tym razem, jak prawdziwi studenci, wybraliśmy leżenie na trawce i słodkie nieróbstwo. Dobra, trochę pozwiedzaliśmy. Miejsce było wyjątkowo urokliwe. I wymarłe. Po paryskim tłoku miło było znaleźć się na ulicach, gdzie nie wpadasz co pięć sekund na ludzi pędzących z przeciwka. Klimat tego miasteczka rozluźniał. Podobnie jak inne piknikowe rzeczy, które zabraliśmy ze sobą ;p

Czuję się już prawie jak w lecie. Strach pomyśleć, co z nauką...dzisiaj wyszłam z kolokwium głównie dlatego, że za bardzo grzało na mnie słońce. Ale nic. Ogarniemy. Wygląda na to, że zaczyna się najfajniejszy erasmusowy czas. Come what may!

niedziela, 23 lutego 2014

Wypady hulajnożne i hulajduszne

Tak, tak, wiem. Blog już ostatnio praktycznie przestał istnieć. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że dużo się działo, ale nie bardzo dało się z tego zrobić lekki materiał na blog podróżniczy. Wiem, to niewiele wyjaśnia. Więc zamiast wyjaśnień oświadczenie: I'm back! I będę tu zaglądać o wiele częściej. Obiecuję! :)

Także po kolei:

1) Praca: w tym tygodniu spuszczamy na nią zasłonę milczenia. Mam jeszcze całe 7, słownie siedem dni, kiedy nie muszę znosić niczyich humorów i obserwować na bieżąco paryskiej egzystencji tak zwanych uprzywilejowanych grup społecznych. Zamiast tego mogę spokojnie cieszyć się zwykłym życiem, co też niniejszym czynię.

2) Uczelnia: również mamy tydzień wakacji, ale tu sprawy mają się o wiele lepiej. Pierwszy semestr zaliczony, łącznie z esejem pisanym na wariata w pół godziny, żeby zdążyć na następny egzamin. Aktualnie zajęcia mają dwie zalety: taką, że są fajne i taką, że jest ich mało. Z dwoma weekendami w tygodniu czuję się jak, nie przymierzając, na KMT (ludzie z Sosnowca wiedzą, o co chodzi...i bez obrazy, ale pamiętacie te swoje wolne piątki przez całe życie! ;D) Tłumaczenia angielsko-francuskie i francusko-angielskie ćwiczą mózg i wyobraźnię, a wykładowcy doskonale odzwierciedlają mentalność poszczególnych kultur: prowadząca z językoznawstwa w połowie zajęć obraża się i wychodzi, żeby wrócić za 10 minut i przeprosić, że się obraziła (pochodzenie: południe Francji), na drugim językoznawstwie ciężka rozkmina na tablicy, jak zrobić transliterację francuskiego słowa po arabsku (pochodzenie: prawdopodobnie Maghreb) i wreszcie wykładowca na tłumaczeniach, w dyskusji z amerykańską studentką: Ja jestem z Irlandii! To tam, gdzie się mówi po angielsku tak, jak trzeba! ;p

3) Chór: wreszcie jest! Co prawda nie gospel, tylko klasyczny, ale ku mojemu zdziwieniu w ogóle mi to nie przeszkadza. The American Church in Paris, z panią pastor mówiącą kazania, dyrygentem odganiającym chórzystów od stolika z kawą, biało- zielonymi togami do śpiewania i tłumem ludzi z najróżniejszych krajów, przyciąga atmosferą akceptacji i ogólnego optymizmu. Mimo że to jeden z lepszych chórów, jakie tu słyszałam, nikt nawet nie sprawdził, czy umiem śpiewać. Uznali, że skoro tak mówię, to na pewno tak jest i powitali mnie radośnie w swoim gronie. Fakt, że w niedzielę budzę się o ósmej rano i lecę na próbę, mówi sam za siebie. Do tego wszystkiego przypomniałam sobie, jak się czyta nuty i zaczynam odgrzebywać swój klasyczny głos, zabity gwoździami i zakopany głęboko pod gospelem i popem. Ale chyba jeszcze gdzieś tam jest. Musi być, bo pod koniec marca mamy koncert z orkiestrą...na który niniejszym zapraszam wszystkich z Paryża i okolic ;)

4) Hulajnoga: bez wątpienia mój najlepszy zakup na całym Erasmusie. Pobija nawet książki i legginsy z wyprzedaży za 3,50. Hulajnoga to środek transportu szybki, lekki i uniwersalny. Dzięki niej odkryłam, że stacje metra dzieli niewielka odległość, a przemierzenie miasta z jednego "końca" rzeki na drugi wcale nie trwa tak długo. Można z nią wejść prawie wszędzie. Muzeum, bar, klub, kościół, księgarnia, sklep, autobus...próbowałam już chyba wszystkiego. Parę razy tylko musiałam ją odnieść do szatni (bo nie można tu wnosić pojazdów na kółkach) albo przesunąć (bo tu będzie szła procesja i biskup się zabije), a raz prawie się o nią wywalił osiemdziesięcioletni na oko pan z chóru (ale tylko się śmiał). Jeden upadek (nic takiego, trzeba uważać na odpływy chodnikowe) i o mało co jeden wypadek (nie zauważyłam pani stojącej naprzeciwko, ale na szczęście zdążyłam wyhamować). Poza tym, co mnie dość zaskoczyło, hulajnoga wzbudza całą gamę skrajnych emocji. Od zaciekawienia (zdjęcia i pytania, czy to elektyczne), poprzez zachwyt (ale super, daj pojeździć!) aż do dziwnych uśmieszków i spojrzeń w rodzaju: taka duża, a jeszcze się bawi. Nieważne. Hulajnogi są super. And that's my professional opinion.

5) Wycieczki: dobra, jeszcze nie ruszyliśmy się poza Francję. Ani nawet poza Paryż. Ale z takimi znajomymi jak moi nie da się nudzić ani przez chwilę. Okazało się, że do wspaniałej paryskiej Opery można się dostać za 20 euro i jeszcze siedzieć na miejscach, które normalnie kosztują sto. Na pchlim targu sprzedają meble jak za Napoleona, nie mówiąc już o wypchanych głowach antylop i ludzkich kościach (tak, pewnie to nielegalne, ale nikt się tym chyba nie przejmuje). W bibliotekach można przesiedzieć całe popołudnie i znaleźć inspirację do magisterki, w anglojęzycznych księgarniach od razu na wejście chcą ci robić kawę...no i zaliczyliśmy już chyba knajpki ze wszystkich krajów świata. A o imprezach nie ma co opowiadać...trzeba na nie przyjść ;p

Dużo się dzieje i Erasmus się rozkręca. Robi się coraz fajniej. Co dalej, nie wiadomo...ale na razie korzystam, póki mogę :)

Pozdrawiam parysko!

środa, 27 listopada 2013

Społeczeństwo bezklasowe

Wiem, wiem, wieki nic nie pisałam. Przyznaję się bez bicia- nie miałam czasu i chęci. Ogarnianie paryskiego życia potrafi jednak człowieka wykończyć. Paryżanie rozczarowują. Totalnie. Gdzie się nie obejrzysz albo uprzedzenia rasowe, albo kąśliwe uwagi, albo Zołzy. Nie można ani na chwilę odetchnąć. Od niedawna przyjmuję do wiadomości wyłącznie humorystyczny aspekt całej sytuacji- naprawdę czasem można się zdrowo uśmiać.

Ale dzisiaj sytuacja sięgnęła już szczytów absurdu.

W każdy wtorek pracuję u Ojca-Właściciela, gdzie zajmuję się jeszcze pięcioletnim kuzynem dzieci. Robię to od początku, czyli już od trzech miesięcy. Mama Pięciolatka, niezwykle kontakowa osoba, często wdaje się ze mną w różnego rodzaju egzystencjalne dyskusje, uważając najwyraźniej, że jest cool. Zaczyna nawet rozmowy o sytuacjach rodzinnych, w które się oczywiście nie wdaję, żeby potem nie okazało się, że jestem niedyskretna. Właśnie dzisiaj, w środku opowiadania mi o swoich biednych bratankach z rozbitej rodziny, wypaliła  nagle:
- Bo ty się tak ładnie zawsze zajmujesz moim dzieckiem! - nie muszę dodawać, że przejście na ty zaproponowała od pierwszego spotkania- Pewnie się jeszcze zobaczymy przed Świętami, ale chciałam ci coś dać...
- Bardzo mi miło, ale naprawdę nie trzeba- odpowiedziałam odruchowo. Odpowiedź przeszła jednak prawie niezauważona.
- Bo wiesz- perorowała w dalszym ciągu, otwierając torebkę - myślałam, żeby ci kupić jakiś prezencik, ale tak się składa, że trochę nam się teraz nie układa finansowo, trochę jesteśmy teraz biedni...no ale chociaż tak symbolicznie...

Myślałam, że śnię, kiedy wydobyła z portfela dwa banknoty po 20 euro.

- Naprawdę nie trzeba - spróbowałam ostatni raz dać jej szansę na wyjście z twarzą. Uśmiechnęła się z zachwytem i schowała jeden banknot z powrotem do portfela.
- To chociaż ten jeden...będziesz miała na lody!

Tak więc żenada sięgnęła zenitu. Albo raczej dna. Oczywiście zatkało mnie do tego stopnia, że machinalnie przyjęłam ofiarowane mi łaskawie 20 euro i schowałam do torebki. Ale w przyszłym tygodniu zrobię tak, jak poradził mi mój brat- włożę do koperty 40 euro i zostawię je na stoliku. Na lody od polskiego Świętego Mikołaja. Dla rodziny o bardzo trudnej sytuacji finansowej.

Jedyny plus obcowania z paryżanami- naprawdę zrozumiem postkolonializm. I wszelkie przejawy dyskryminacji. Poczuję to na własnej skórze i nie będę się musiała zastanawiać, jak to jest. Mogę być spokojna. Pozycja imperialistycznego Francuza raczej mi nie grozi.

Un-freaking-believable.


niedziela, 27 października 2013

Bretania: comeback

Szybka decyzja, szybka rezerwacja, pięć godzin samochodem z grupą bardzo gadatliwych Francuzów i voilà! Znów jestem w Bretanii!

Powiem tylko, że uwielbiam to miejsce i moją bretońską Rodzinkę. Nie tylko dlatego, że są kochani i zapraszają mnie tak po prostu na weekend, żebym miała parę dni wytchnienia. Również dlatego, że Carnac, Trinité sur Mer i inne pobliskie nadmorskie miejscowości to oaza spokoju i centrum zen. Nikt się nie spieszy, nikt nie dyskutuje o filozofii, gospodarce Stanów Zjednoczonych i teoriach literackich. Zamiast tego idziemy na wino, obiad do dziadków, owoce morza, a wieczorem oglądamy beznadziejnie głupie programy wszelkiej maści, leżąc na kanapach przed telewizorem. Słodkie nieróbstwo w czystej postaci. Nie licząc oczywiście wycieczek na Côte Sauvage w totalnym deszczu i przy rozbijających się o skały falach...po takich eskapadach trzeba zmienić garderobę, nawet jeżeli przyjechało się tylko w jednych spodniach. Plus okazjonalne zajmowanie się Małym...jutro zostajemy razem cały dzień. Ale w porównaniu z paryskimi potworkami to sama przyjemność.

Dla przypomnienia ducha Bretanii cytuję parę tekstów, które padły w rozmaitych okolicznościach:

Tata (z dumą, przy rodzinnym obiedzie): Wiecie, że ona wszystko rozumie? Po trzech latach nauki francuskiego! Wszystko, nawet żarty z piątym dnem!
Mama (rano, ubierając Małego): Jadłaś śniadanie? Na stole są te ciastka z czekoladą, które lubisz!
Dziadek (po kolacji): Następnym razem, jak przyjedziesz ich odwiedzić, wpadaj też do nas!
Tata (przy kolacji, wyjaśniając sytuację w swojej pracy): Bo wiecie, mamy samych starych klientów. No i rozumiecie, oni są starzy. A potem umierają i już klientów nie ma.
Mały (kiedy tylko znikam z horyzontu na pięć minut): Nana? Nana? Nana? (Nana to ja albo banan, w zależności od kontekstu).

Kolacje dalej trwają cztery, pięć godzin i składają się z czterech dań. Przedtem oczywiście bar, żeby się czegoś napić i niekończące się gadki ze znajomymi. Krewetki w dalszym ciągu ogromne, a zabawki Małego ciągle wydają nieziemskie odgłosy. Dzisiaj rano Tata z czystej złośliwości znalazł gadającą kurę z jajkami w środku, która będzie mnie pewnie jutro wkurzać cały dzień. Zaproponował nawet, że da mi ją do Paryża.

Poza tym pada tak, że mam wszystko mokre. Pozostaje mieć nadzieję, że buty i spodnie wyschną do jutra wieczorem. Jeżeli nie, Mama już wyposażyła mnie na tą okoliczność. Ludzie potrafią być niesamowici ;p

Reasumując: Bretania RZĄDZI! ;D

środa, 16 października 2013

Paryżanie, Afrykanie i problemy pierwszego świata

Po kilku tygodniach mieszkania w Mieście Świateł, zaczęłam zauważać pewne rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. A mianowicie, jak bardzo zróżnicowana jest mentalność, zwyczaje i sposób mówienia paryskich grup społecznych. Francuzi, imigranci, turyści...często na tej samej ulicy albo nawet w tym samym domu mieszkają przedstawiciele zupełnie różnych światów.

Rodzina, u której pracuję, od początku starała się pozować na klasę wyższą lub coś w rodzaju arystokracji. Dobrze sytuowani, (delikatnie mówiąc) z dwoma mieszkaniami w Paryżu, sprzętami najnowszej generacji i markowo ubranymi dziećmi. Wrażenie to prysło już podczas pierwszego spotkania, kiedy to Ojciec-Właściciel zaczął się zastanawiać, czy zostawi mi meble po poprzedniej au pair. Zresztą meble to dużo powiedziane...stół i biurko znalazła chyba na ulicy. Potem było już tylko gorzej. Niestety, dobra sytuacja finansowa absolutnie nie gwarantuje tego, że ktoś ma klasę. Poza tym, Mama-Zołza nie może zacząć obiadu, bo czeka na dostawę oliwy (zamiast iść do sklepu naprzeciwko), a 11-latka rozpacza, bo ma FIFĘ 13, a właśnie wyszła 14. Ta rodzina to definicja problemów pierwszego świata. Plus paryski sposób mówienia, który zaczął mnie ostatnio wkurzać. Charakterystyczna wznosząca intonacja, wszędzie, gdzie tylko intonacja może się wznieść, utrudnia skupienie się na treści wypowiedzi. Prowokuje raczej reakcję pod tytułem: dlaczego nie możesz mówić normaaalnieeee?!

Prowadząca zajęcia z językoznawstwa jest z kolei przedstawicielką południa Francji. I też nabija się z paryskiej intonacji. Jej miękki akcent od razu zwróci uwagę każdego, kto kiedykolwiek grzał się na plaży na Lazurowym Wybrzeżu. Tak samo, jak niespożyta energia (podczas gdy cała grupa zasypia lub patrzy tępo w przestrzeń) i nieustające gestykulowanie. Oraz rzucane od czasu do czasu prowansalskie idiomy, kompletnie niezrozumiałe dla obcokrajowca.

Amerykanie, których tu spotkałam do tej pory, byli głównie turystami. Oczarowała mnie grupka w Ogrodzie Luksemburskim, rozglądająca się z zachwytem po okolicy i komentująca wszystkie pomniki, Senat i fontannę. Nagle jedna pani przemówiła w te słowa:
- Jesteśmy w takim cudownym miejscu! Sooo wonderful!
Entuzjastyczne potakiwanie całej reszty. A po chwili ciszy:
- Tylko gdzie my właściwie jesteśmy?
Nic dodać, nic ująć.

Polacy w metrze:
-No bo, k***a, nie przebrałem się, k***a, po pracy i nie wziąłem, k***a, prysznica, więc nie wiem, k***a, co teraz... A ty, k***a, wziąłeś prysznic?

Afrykanie. Poza tym, że już umierają z zimna, potrafią nieźle namieszać w głowie ciągłymi dygresjami. Wykładowca przeszedł, nie wiadomo jak, od omawiania tematów prezentacji, do przekonywania nas, że gdyby ryby miały głos, na pewno protestowałyby przeciwko połowom. Jelenie też by nie chciały, żeby do nich strzelać. A drzewa... Siedziałam otępiała, aż zagadnęła mnie koleżanka obok, też Afrykanka:
- Co tam w pracy? Musisz się dzisiaj zajmować dziećmi?
- Na szczęście nie, środy mam wolne...
- A gdzie mieszkasz? Z tą rodziną?
- Nie, nie, mam takie małe studio w tym samym budynku.
- Oooo! Możesz tam robić imprezy?
- Jasne!- odparłam naiwnie, nie domyślając się zupełnie, do czego zmierza ta rozmowa.
- Super!- nakręciła się od razu- Słuchajcie, będzie impreza!
Nim zdążyłam zrozumieć, o co chodzi, robiła już listę gości na kartce z notatkami. Unbelievable :D

I wreszcie na koniec Arabowie, pracujący w sklepie z ubraniami. Zorientowałam się właśnie, że przydałaby mi się mała torebka i oczywiście miałam problem decyzyjny. Wpatrywałam się szklanym wzrokiem w rząd różnokolorowych modeli, nie wiedząc, który wybrać.
- Wszystko w porządku?- zagadnął mnie ekspedient.
- Nie wiem, czy wziąć czerwoną, czy czarną...nie mogę się zdecydować- wyznałam, oczywiście nie oczekując żadnej rady. Co powiedziałby sprzedawca w polskim sklepie? "Obie są ładne", "proszę wziąć tą, która się pani bardziej podoba" albo inny tego typu wykręt. Tymczasem...
- Czerwona ładniejsza- zawyrokował ekspedient tonem niezbitej pewności. Po kilku sekundach refleksji przyznałam mu rację.

Podsumowując- niech żyje wielokulturowość! ;)

wtorek, 15 października 2013

Rozdwojenie jaźni

Aż dziwne, że w jednym miejscu można na przemian dostawać szału i przyjemnie spędzać czas. Przykład? Dzisiaj przyszłam, jak zwykle, do pracy i dowiedziałam się, że musiałabym zostać do jedenastej w nocy. Skrucha w oczach Ojca-Właściciela z całą pewnością udawana. Do tego jeszcze piąte dziecko (Mały Kuzyn) i trochę creepy Pan Wujek, który miał tylko wpaść odebrać małego, a siedział chyba z godzinę. Plus fakt, że nie jestem teraz w moim mieszkanku i nie oglądam Chirurgów, tylko koczuję na kanapie w burżujskim paryskim mieszkaniu i piszę bloga.

Ale tu zaczyna się ta przyjemniejsza część. Bo wielkie okno w salonie wychodzi na oświetlony kościół Val-de-Grâce. Bo dzieci już śpią i tym razem obyło się nawet bez większych cyrków. Bo sąsiad z góry okazał się nagle wirtuozem fortepianu i zasunął półgodzinny koncert, który świetnie było słychać. Przy takiej muzyce notatki z gospodarki Stanów Zjednoczonych same wchodzą do głowy. Nawet kolację tutaj zjadłam (tak, tak, ten dzień wreszcie nadszedł), chociaż Mały Kuzyn ukradł mi jajko prosto z talerza. Teraz rozkoszuję się niezmąconą ciszą, przerywaną tylko przez przejeżdżające czasem samochody i szum zmywarki.

Jeszcze tylko ten tydzień. Potem dzieci mają aż 16 dni wakacji, więc będę mogła skupić się na uczelni i na udawaniu, że mam w tym mieście jakieś życie. W pracy moją jedyną rozrywką jest odprowadzanie dzieci na judo i podziwianie tamtejszych widoków (czytaj: pana trenera ;p). Z całą pewnością nie jest to definicja szalonej imprezy. Ale cóż. Już niedługo.

Co do ciekawych socjologicznie miejsc w Paryżu, polecam dziesiątą dzielnicę, a szczególnie pewną afrykańską knajpkę, do której francuski sanepid na pewno nie zagląda. Jakby zajrzał, prawdopodobnie by ją zamknął...a szkoda by było, bo za 5 euro można tam zamówić talerz jedzenia, które osobiście trawiłabym przez tydzień, gdybym zdołała je skończyć. Knajpka ma klimat...ciężkie do wymówienia nazwy dań, plastikowe talerze, mikrofalówki oraz dosiadający się Afrykańczycy, zaintrygowani egzotyką twojego kraju. I nie mniej zaintrygowani Europejczycy, zastanawiający się, co właściwie jedzą i dlaczego to mięso wygląda jak błoto. Ale nie należy sądzić po pozorach. Było pyszne.

Poza tym mogę uznać, że się zadomawiam. Moje mieszkanko ma nawet domofon, którego działanie odkryłam przypadkiem. Wiem już, gdzie kupić dobre krewetki, na ile mniej więcej starcza mi bagietka i że czasem muszę jednak włączyć kaloryfer. Z polską zimą ma to jednak jak na razie niewiele wspólnego. (Chociaż koleżanka z Etiopii już zamarza.) W dalszym ciągu nie znalazłam żadnego chóru gospel...albo nie wyrabiam się godzinowo, albo nie można się tam dołączyć, słowem, jest to trudniejsze, niż myślałam. Gdyby ktoś miał informacje na ten temat, z chęcią skorzystam :)

A póki co muszę wymyślić jakiś sposób, żeby Ojciec-Właściciel nie zastał mnie śpiącej na kanapie. Może jednak zobaczę tych Chirurgów. Ale po cichu.

poniedziałek, 7 października 2013

Cette ville est folle!

Kto zgadnie, co robiłam dzisiaj rano? Dzisiejszego pięknego, słonecznego paryskiego poranka, przed zajęciami? Spałam, jak to zwykle robię, kiedy tylko mam szansę? Byłam na romantycznym spacerze nad Sekwaną? Otóż nie. Dzisiaj rano, proszę państwa, na dobry początek tygodnia, pojechałam na drugi koniec miasta do sklepu z bronią, prowadzonego przez smutnego pana i jego równie apatycznego buldoga. I tam właśnie kupiłam gaz pieprzowy.

Sprawy zaszły już trochę za daleko. Uprzejmego stalkera, prowadzącego small talk o drugiej w nocy, można by jeszcze uznać za rozbrajającego. In a creepy way, but still. Nie wiązało się to z żadną agresją, nawet słowną. Sprawa miała się jednak inaczej z wielkim jak szafa facetem, jakby żywcem wyjętym z filmów o gangach i gettach. Była szósta rano, wracałam z udanej imprezy w polsko-francuskim towarzystwie. Przystanek autobusowy znajduje się 5 minut drogi od domu. Kiedy, nucąc beztrosko już na mojej ulicy (oczywiście pustej), zorientowałam się, że ktoś próbuje mnie dogonić, wiedziałam już, że musi mieć bardzo złe zamiary. Ale nie spodziewałam się, że, eufemistycznie mówiąc, zacznie naruszać moją najbliższą przestrzeń osobistą, kiedy będę przekręcać klucz w zamku drzwi wejściowych. Skoro udało mi się dotrzeć do domu, to już chyba jestem bezpieczna, no nie? Niestety, facet był innego zdania. Ciągle stojąc w drzwiach, patrzyłam ze zdumieniem, jak ucieka, autentycznie ucieka i znika za rogiem. Zaczęłam normalnie oddychać dopiero w środku mojego szczelnie zamkniętego mieszkanka.

Tak więc teraz w dalszym ciągu chodzę po Paryżu, podziwiam widoki i uśmiecham się do przechodniów. Z tą różnicą, że w prawej ręce trzymam właśnie gaz pieprzowy. Format kieszonkowy, bardzo wygodny i prosty w obsłudze. Swoją drogą, smutno jest tracić złudzenia. Wcześniej cieszyłam się z każdego kontaktu nawiązanego z mieszkańcami, prowadząc rozmowy o niczym i chłonąc koloryt lokalny. Teraz nawet na hasło: excusez-moi? odruchowo zaciskam palce na dozowniku. Nie powinno tak być. I nie trzeba być feministką, żeby się tu ze mną zgodzić. Żadna kobieta nie powinna w normalnym kraju bać się wyjść z domu po zmroku. Ale niestety realia są takie, jakie są. I dlatego gaz pieprzowy to mój nowy najlepszy przyjaciel. Następnym razem strzelam!

A tymczasem w pracy:

Ośmiolatka zaczyna na dzień dobry na mnie krzyczeć, bo taki jest jej sposób na komunikację.
Ja: Przede wszystkim nie krzycz. Jak krzyczysz, to cię w ogóle nie słyszę. Jeżeli coś chcesz, to mów normalnie.
Ośmiolatka: Ale o co ci chodzi? Przecież jak ty byłaś mała, to też krzyczałaś.
Ja: Nie. Mnie nie wolno było krzyczeć na starszych ode mnie.
Ośmiolatka (z wielkimi oczami): Ale dlaczego?
Ja: Bo to jest bardzo niegrzeczne.
Ośmiolatka (z autentycznym zdziwieniem): Niegrzeczne? Jak to?

...no tak.
Przykro mi to stwierdzić, ale dla francuskich dzieci jest to nowość.

Poza tym życie toczy się jak wcześniej, tylko już sprawniej. Mama-Zołza zaczyna pokazywać ludzką twarz. Ostatnio dała mi słoik konfitur. Zaryzykowałam, nie były trujące. Dzisiaj z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że nie szkodzi, że z powodu zajęć będę w poniedziałki przychodzić 15 minut później. Naprawdę, żaden problem.
Cud jakiś.
Z dzieci też coś będzie, jeżeli uda się je jakoś ogarnąć. Mimo tych ton zabawek i niani do wszystkiego też nie mają łatwego życia. W każdym razie nie chciałabym być na ich miejscu. Już wolę swoje mieszkanko. I uczelnię, która jest fantastyczna. I moją dzielnicę. Która najwyraźniej nocą jest pełna psychopatów. Ale nic. Przeżyjemy. Grunt to walić prosto w oczy. Gazem.

piątek, 27 września 2013

Run, baby, run!

Dlaczego paryżanie mają obsesję na punkcie planowania? Dlaczego nie mogą usiedzieć pięciu minut (chyba że przy jedzeniu) i non stop gdzieś latają? Już zrozumiałam. Życie w Paryżu jest jak nie dająca się wyłączyć bieżnia- albo cały czas przebierasz nogami, albo wypadasz z gry.

Najlepszym dowodem na to jest data mojego ostatniego posta. Nie, żeby się nic nie działo. Po prostu nie mam czasu usiąść. Choćby dzisiaj. Pobudka o 6.30, żeby zaprowadzić dzieci do szkoły. Potem wegetacja w Ogrodach Luksemburskich i czytanie legend afrykańskich na przyszły wtorek. Teraz- siedzenie przy komputerze i pisanie pracy na ekonomię Stanów Zjednoczonych (no, może nie w tej chwili). Za godzinę- znowu praca. Zepsuty komputer. Wciąganie zakupów na siódme piętro. Rozwiązywanie matematycznych zagadek z dwunastolatkiem. Układanie figurek Hello Kitty. Zwiedzanie miasta. Poznawanie innych Erasmusowców. Szukanie najfajniejszego chóru gospel. I tak dalej.

Nie da się ukryć, że to miasto ma klimat. Jak nie uwielbiać zajęć, na których wykładowca, przedstawiając się, tłumaczy, że jego nazwisko znaczy "bóg piorunów", po czym peroruje przez dwie godziny o literaturze afrykańskiej, nie zdejmując ani na chwilę ciemnych okularów? Albo metodologia dla Erasmusowców. Prowadzący, bardzo przejęty rolą nauczyciela zagubionych obcokrajowców, przeczytał nam wszystkie teksty na głos. Potem tłumaczył nowe słówka, zapamiętale gestykulując i usprawiedliwiając swoje dość wątpliwej jakości rysunki na tablicy.
- Jeszcze czegoś państwo nie rozumieją?
- Les gonds?
- No tak. To jest to w drzwiach- zaprezentował na przykładzie prawdziwych drzwi- To, co sprawia, że się zamykają, otwierają i w ogóle, trzymają na swoim miejscu.
Cała sala, łącznie z naszą grupą czworga Polaków, skinęła ze zrozumieniem głowami.
- Czekajcie...ale jak to się nazywa po polsku?
Cisza.
- Noooo, jak to się nazywa?
- A może to nie ma polskiej nazwy?
(po dobrych pięciu minutach)
- Zawiasy?
- Zawiasy!!! Tak jest!!!

Wnioski z zajęć- trzeba ćwiczyć polski. Nieustannie.

A w pracy:
(rozmowa z sześciolatką)
- Zobacz, to jest mój rysunek!
- Oooo!- uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na księżniczki, kwiatki i kotki.
- Widzisz, tu jest mały dzidziuś. Potem podchodzi do niego taki pan. Ten pan zjada dzidziusia i potem przychodzi mnóstwo psów, które wygryzają mu dziurę w brzuchu.
-...
- I potem ten pan nie żyje.
-...Trochę straszny ten twój rysunek, prawda? - podjęłam rozpaczliwą próbę pedagogicznego ukierunkowania młodego umysłu, który najwyraźniej zbaczał na niebezpieczne wody.
- Nie. Tak po prostu jest.

Oooook.

Podsumowując, życie w Paryżu jest szybkie. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się nad dziwactwami, które czyhają za każdym rogiem. Starszy pan z wąsem skaczący w skupieniu na skakance w kącie Ogrodów Luksemburskich. Facet w rozkloszowanych spodniach, żonglujący z akwarium ze złotymi rybkami na głowie. Pan Hindus, który prosi o zdjęcie na ulicy, argumentując, że wyglądam jak jego córka. Chłopak z Erasmusa w metrze, który mówi, że wyglądam na Niemkę. Dziecko pytające, czy mam męża i czy sama sobie robię makijaż. Niespodziankom nie ma końca.

Ale na razie biegnę dalej :)

poniedziałek, 16 września 2013

Problèmes, problèmes...

Zwykle jestem uosobieniem stoickiego spokoju i umiarkowania w wyrażaniu negatywnych opinii. Ale dzisiaj robię sobie karnawał od politycznej poprawności.

Paryżanie doprowadzają mnie do rozpaczy i szewskiej pasji jednocześnie.

Po pierwsze - uniwersytecka biurokracja. Nie wiem, jak oni sami odnajdują się w tej stercie papierkowej roboty. Może się zresztą nie odnajdują, bo zajęcia zaczynają się za tydzień, a nie ma jeszcze nawet godzin wszystkich seminariów magisterskich. Zapisywanie się na cokolwiek trwa pół dnia. I kolejki. Wszędzie kolejki. Nie mają końca.

Po drugie - paryska rodzina. Z Ojcem-Właścicielem, większością dzieci (to zależy od dnia) i rosyjskimi dziadkami dogaduję się w miarę dobrze. Ale Mama-Zołza to mało powiedziane.
Nie wiem, po co mieć dzieci, skoro cały czas zajmuje się nimi ktoś inny. Nie wiem, po co kazać mi przychodzić w poniedziałki i zostawać do wieczora, skoro w poniedziałki ma wolne. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, kiedy dzieci siedzą w kuchni i jedzą kolację. Jeszcze nikt nie podał mi w tym domu szklanki wody...brzmi jak cytat z kawału, ale taka jest prawda. Duże pole do socjologicznych obserwacji- to jedno. Poczucie, że jest się traktowanym z dużą dozą wyższości i pogardy- to drugie. Poza tym zostałam dzisiaj poinformowana, że we wtorki rano muszę odprowadzać dzieci do szkoły.

-Jakie zajęcia? Na ósmą rano? No cóż, tym gorzej dla pani. Co za uniwersytet robi zajęcia od ósmej rano?
Coś takiego jak ustalanie rzeczy wcześniej chyba nie mieści się w tutejszych normach.

A poza tym wszystkim...leje. Ciągle. O zmroku wracałam do domu, nie zwracając już uwagi na swoje przesiąknięte wodą buty i ogólnie zachwycający image zmokłej kury. Dawno nie miałam tak podłego humoru. Paryż, moje miasto przygód, świateł i wychylających się z każdego rogu księgarni, odwracał się do mnie plecami. Nic nie szło łatwo. Na każdym kroku piętrzyły się problemy. I jeszcze ten deszcz. Postanowiłam, że jeżeli następnego dnia też będzie tak lało, wstąpię do najbliższego sklepu, kupię młot pneumatyczny i rozwalę jakiś zabytek.
- Mademoiselle?- usłyszałam nagle z tyłu. Dobrze, że nie byłam jeszcze uzbrojona. Ale miałam ochotę zrobić użytek z obu nóg. Opanowałam się jednak.
- Oui, monsieur?
- Czy mógłbym pani zaoferować swój parasol? Strasznie pani zmokła...
- Już chyba bardziej nie zmoknę- zawahałam się, ale w końcu machnęłam ręką. Za dosłownie 30 sekund przestało padać.

Paryżanie są wkurzający. Mają kompleks Boga i uważają się za pępek świata. Ale trzeba im przyznać, że czasem umieją poprawić człowiekowi humor. Pan z parasolem pomachał mi i wszedł do swojej kamienicy. Wybuchnęłam śmiechem na widok swojego zmokłego odbicia w witrynie sklepowej, po czym za chwilę też byłam już w domu. Za parę godzin doszłam do wniosku, że paryskie życie jest do ogarnięcia. Może. Miejmy nadzieję. Tylko trzeba czasu, słońca i chwili na zebranie myśli.

Coś jednak wisi w powietrzu z tymi stalkerami...

niedziela, 15 września 2013

Bezpieczna dzielnica

No tak. Paryż. Jedyne, o czym marzyłam przez ostatni rok. Jak już będę w Paryżu, to zobaczę tyle rzeczy, poznam tylu ludzi, pójdę w tyle miejsc i tak dalej. Cały czas w ruchu i cały czas na wysokich obrotach.

Rzeczywistość, jak zwykle, zweryfikowała trochę moje zapędy. Ostatni tydzień pracy i latania po uczelni w celu załatwienia wszystkich papierków świata (a wygląda na to, że to dopiero początek...) zmęczył mnie tak, że całą sobotę przesiedziałam w mieszkanku, nagrywając piosenki. Na dodatek od mojego przyjazdu pogoda wydaje się zachęcać do myśli samobójczych. Non stop leje.

"Własne" mieszkanko ma wiele zalet. Np. takie, że jest się samemu. Ma też wiele wad. Np. takie, że jest się samemu. Ciągle. Teoretycznie nie powinnam narzekać tu na samotność, bo mam w mieście co najmniej piątkę znajomych, na których mogę liczyć, plus zawsze mogę wykonać awaryjny telefon do Rodzinki z Bretanii ;) Ale dopiero teraz zorientowałam się, jak to jest, kiedy rodzina została w Polsce, a wszystkie współlokatorki rozjechały się za granicę (do Anglii albo do Sosnowca ;p). Pewnie musi minąć pierwszy etap przystosowywania się, zanim uznam tą sytuację za normalną.

Póki co postanowiłam iść wreszcie na imprezę ze znajomymi. W końcu jestem w Paryżu. I jest weekend. Schodzenie po drewnianych schodkach na obcasach to chyba trudniejsza rzecz niż wspinaczka górska.

Impreza jak impreza...odwiedziliśmy parę ciekawych miejsc. Klub, w którym byliśmy jedynymi białymi, zrobił na mnie duże wrażenie. Chyba zrozumiałam, jak muszą się czuć czarnoskórzy w Polsce...jak pod ciągłym obstrzałem. Ale dobrze wiedzieć, że w Paryżu można znaleźć kawałki Afryki ;)

Nie odważyliśmy się wejść do klubu, który wyglądał jak dżungla....baliśmy się, że już stamtąd nie wyjdziemy ;p Za jakąś godzinę pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się do różnych linii metra.

Niestety nie mam stacji blisko siebie, więc o drugiej w nocy, w rzęsistym deszczu, maszerowałam raźno w drodze do domu. Na ulicy nie było żywej duszy.

- Dobry wieczór- spod ziemi wyrósł nagle zwyczajnie wyglądający czarnoskóry pan, na oko czterdziestoletni.
- Dobry wieczór- odpowiedziałam odruchowo. Francuska uprzejmość najwyraźniej już weszła mi w nawyk. Przyspieszyłam kroku.
- Co tam u ciebie?- kontynuował facet, niezrażony- Wracasz z imprezy czy od znajomych? Spędziłaś miły wieczór? Daleko mieszkasz?
- Tak, bardzo daleko- stwierdziłam ostrożnie, unikając kontaktu wzrokowego i wypatrując gorączkowo jakiejkolwiek otwartej knajpy czy sklepu. Nie zdążyłam się nawet zbytnio zdenerwować. Gdyby nie pora, sytuacja w ogóle nie wydałaby mi się dziwna- zwykła francuska wymiana zdań z nieznajomym człowiekiem. Ale była druga w nocy. A ulica, jak przedtem, świeciła pustkami. Facet nie przestawał maszerować obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku.
- Przepraszam pana, ale naprawdę bardzo się spieszę.
- Awww. Pewnie jesteś zmęczona. Ale wiesz, nie powinnaś zamykać oczu, jak pójdziesz spać. Masz takie cudowne oczy.
Logika tego rozumowania zwaliła mnie z nóg, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Modląc się, żeby facet nie poszedł za mną do domu, przyspieszyłam tak, że już prawie biegłam.
- Aaaa...-połapał się dżentelmen- Chcesz może, żebym cię zostawił?
- Bardzo bym pana prosiła.
- No dobrze, skoro sprawię ci tym przyjemność...Miłego wieczoru w takim razie!

Paryscy stalkerzy. Nawet oni są uprzejmi.

Pierwsza zasada, kiedy masz wrażenie, że ktoś cię śledzi- iść pewnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Zwolniłam dopiero przed jakąś oświetloną restauracją, gdzie arabski kelner zamiatał plac.
- Cześć!- zawołał na mój widok- Wracasz do domu? Żartujesz chyba! Jest sobota wieczorem, trzeba iść na imprezę!

Zwątpiłam. Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęłam od środka drzwi mojej kamienicy.

Dzisiaj już nie pada. Może pójdę sobie na spacer po Dzielnicy Łacińskiej.
W świetle dnia.
I może kupię gaz pieprzowy. Na wypadek, gdyby następny stalker nie okazał się Francuzem.

poniedziałek, 9 września 2013

Na początek dostaniesz...obuchem w łeb ;D

Tak zwanej emigracji na próbę ciąg dalszy: Erasmus w Paryżu. Jestem tu od czterech dni i właściwie jeszcze tego nie zarejestrowałam. Ledwo zdołałam wprowadzić się do mojego cudnego malutkiego studia (to moje pierwsze niezależne mieszkanie, więc muszę się nim trochę, jak to pięknie mówimy na Śląsku, poasić), a już nastał pierwszy, organizacyjny dzień na uczelni. I jednocześnie pierwszy dzień pracy. Wszystko naraz.

Université Sorbonne Nouvelle przyjęło nas z otwartymi ramionami. I zasypało od wejścia papierkową  robotą, komplikacjami administracyjnymi oraz ulotkami wszelkiej maści. Zajęcia na szczęście zaczynają się dopiero za 2 tygodnie, ale do tego czasu trzeba załatwić ubezpieczenie, uzyskać kartę studenta, iść do biblioteki, zapisać się na właściwy wydział oraz zajęcia dodatkowe, słowem, ogarnąć cały świat. Na szczęście z Sosnowca przybyliśmy solidną dwuosobową ekipą, więc dajemy radę. Poza tym poznaliśmy jeszcze dzisiaj Włocha i dwie miłe Hiszpanki, zaczyna się zatem tworzyć coś w rodzaju grupy :) Moje życie studenckie na razie nie zdążyło się zacząć, ale nie dlatego, że nic się dookoła nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Tylko nie mam nawet czasu zebrać myśli. Po ogólnoerasmusowym teście z francuskiego (dwie godziny i dość wyprany mózg) poleciałam na autobus, żeby zdążyć do pracy.

Dobra, może mam trochę nierealistyczne oczekiwania po Bretanii, gdzie Mama wzięła dzień wolnego, żeby mi wszystko pokazać, a Tata do dzisiaj pisze mi na facebooku, że Dziecko za mną tęskni. To była rodzina...no, może nie idealna, ale niemająca świra. Teraz..cóż...

Pracuję teoretycznie cztery wieczory w tygodniu, trzy razy u mamy i raz u taty. Do taty, nadzianego i wziętego chirurga plastycznego, wyglądającego jak mafioso, przylgnęło od razu przezwisko Ojciec-Właściciel. Poza tym, że zachowuje się, jakby był samym Panem Bogiem, jest dosyć miły i to z nim załatwiałam wszystkie formalności. Mamy nie znałam aż do dzisiaj, kiedy to otwarła mi drzwi z dwójką młodszych dzieci. Po jakichś dwóch minutach ochrzciłam ją Mamą-Zołzą.

Nawet nie zdążyłam się niczemu przyjrzeć, niczego się napić, z nikim porozmawiać...w ogóle nic. Przywitałam się jeszcze z dwojgiem starszych dzieci (trochę ćmiło mi się w oczach, ale zdołałam zapamiętać, jak które ma na imię), poznałam ich długoletnią nianię/pomoc domową...i zasiadłam do odrabiania zadań z całą czwórką. Jeszcze nie do końca wiedziałam, na czym ma polegać moja praca, a już znalazłam się w roli korepetytora od wszystkiego. Postanowiłam wziąć byka za rogi.

Najmłodsze dziecko, śliczna blond sześciolatka, dostała od razu ksywkę Aniołek. Odrabianie jej zadania trwało pięć minut, na szczęście wszystko już umiała. Zostawiłam ją przy rysowaniu i podeszłam do ośmiolatki, zwanej dla kontrastu Diabełkiem (ale głównie przez kolor włosów ;p). Marudziła właśnie, że nie wie, o co chodzi w ćwiczeniu.
- Jak czegoś nie rozumiecie, to pytajcie Anny- obwieściła wszem i wobec Mama-Zołza, po czym...wyszła. Nakazałam sobie spokój i pochyliłam się nad książką.

Zadanie z dwoma gwiazdkami. Polecenie brzmiało: "Zapisz słownie wiadomości napisane literami". Pierwszy przykład: "L A AC D T".
Poczułam, że mózg mi się ulatnia.
- Nie rozumiem- wzniosły się ku mnie wielkie brązowe oczy- Co tu trzeba zrobić?

Jak na komendę wszystkie dzieci przestały pisać i zapadła cisza. Wpatrywały się we mnie pytająco cztery pary oczu. W głowie zapalił mi się wielki czerwony neon z napisem: JEZUS MARIA. Epic fail.
 Wybrałam jedyne wyjście, jakie mi pozostało- zachować się rozbrajająco i czekać na wybawienie.
- Nie wiem- przyznałam, po czym zaczęłam się śmiać, a dzieci za mną- W życiu nie widziałam takiego zadania!
Mama-Zołza, która właśnie wróciła, zmiażdżyła mnie spojrzeniem pełnym pogardy. Wódz, najstarszy z rodzeństwa, rezolutny dwunastolatek, podniósł się z krzesła i podszedł do nas.
- Poczekaj, ja też miałem takie zadania, one są dziwne...Aha, zobacz, trzeba to powiedzieć głośno i potem napisać zdanie, które słyszysz. Widzisz? Elle a assez de thé. I już! Tylko teraz ona musi to napisać bez błędów!
Miałam ochotę go wycałować, ale podziękowałam tylko i wróciłam do małej. Wkrótce przy stole został tylko Kujonek, ambitna, ale dość powolna jedenastolatka, która wszystko musiała mieć poukładane i podkreślone na kolorowo od linijki. Dziękując Bogu i wykładowcom za moje studia filologiczne, pomagałam jej w zadaniach typu "zakreśl ósemką zaimek, a łyżeczką grupę nominalną" i odsyłałam ją cichaczem do brata przy ćwiczeniach z historii. Kołysząc Aniołka, który wpakował mi się na kolana, obiecałam sobie, że następnym razem nigdzie się nie ruszam bez komputera z internetem i porządnym słownikiem.

Tak oto spędziłam cały wieczór z dziećmi i Panią Mołdawianką, nianią i pomocą domową, która zadawała mi pytania w stylu: "Na ile lat tu zostajesz?" i "Jesteś mężatką?". Sprzątając z nią ze stołu po kolacji, czułam się jak na planie filmu "Służące". Inny wymiar.

Mama-Zołza wróciła tym razem wcześniej i raczyła wreszcie zamienić ze mną parę słów. Na koniec wydawała się nawet dosyć miła. Chociaż tutejsza mentalność rozkłada na łopatki. Plusem jest to, że dzieci, chociaż trochę rozbrykane, są urocze i da się z nimi dogadać. Dwoje starszych chyba bardzo mnie polubiło, a maluchy, nie wiedzieć czemu, pokochały mnie od razu wielką miłością i nie chciały puścić do domu. Wyszłam w końcu, niosąc w torebce dwa rękodzieła, z których jedno głosiło: "Dla Anny. Jesteś miła. Jesteś inteligentna. Jesteś piękna. Jesteś wszystko", a drugie: "Jesteś piękna bardzo bardzo ładny".

Cute cute cute.

Tak jest...Paryż nie odpuszcza. Zanim się wszystko załatwi, ogarnie i się zaaklimatyzuje, musi chyba minąć trochę czasu. Ale na pewno nie będę się tu nudzić ;D


czwartek, 29 sierpnia 2013

Adieu, Bretagne!

Tak oto nadszedł przedostatni dzień mojego pobytu w pięknym mieście Carnac. Co prawda jutro czeka mnie jeszcze jeden dzień pilnowania Małego wraz z Tatą (w sensie, że Tata będzie pomagał mi pilnować ;p) a potem mały rejs łódką po morzu, ale nie będę już miała niestety czasu na pisanie. Wieczorem znowu do Paryża, a potem- do Polski. Chociaż nie na długo.

Nie wiem, czy jeszcze będę spędzać wakacje jako au pair. Chyba zbadałam już swoje granice tolerancji na sporty ekstremalne. Szukanie rodziny przez internet i podróż w nieznane to trochę rosyjska ruletka. Chociaż tym razem wyjątkowo mi się udało. Nie tylko, że spędziłam miesiąc wśród plaż, menhirów i bretońskich domków z kamienia, ale najwyraźniej zyskałam parę przyjaciół na mój rok we Francji...a może i na dłużej. Jak powiedział mi jakiś czas temu Tata:

- Wiesz, jak ci się znudzi ten Paryż i będziesz kiedyś chciała wrócić do domu, to pakuj się
i przyjeżdżaj!
-...do domu?
-Nooo! Nie będziesz przecież cały rok siedzieć w mieście!

Awwww.

Na pożegnanie z Bretanią zamieszczam parę zdjęć, które zrobiłam przez ten miesiąc. Myślę, że tak czy inaczej jeszcze kiedyś tu wrócę. Póki co zostawiam Was i jadę nacieszyć się miejscem, w którym wszyscy mówią po polsku, pies merda ogonem, a mama (prawdziwa!) robi najpyszniejszy na świecie makaron. Już niedługo sezon drugi: Paryż! ;D

Menhir na menhirze menhirem poganiany.

W samolociku z panem pilotem. Odlatujemyyyy!

Jedyne zdjęcie, jakie udało mi się zrobić z samolociku...zanim padła bateria. Z dwojga złego lepiej bateria niż samolocik.

Zaprzyjaźniony bar przy porcie, gdzie dzieci dostają soczek do butelki i ciasteczka...a dorośli pyszne wino ;p

Port de la Trinité sur Mer.

Bretońska babcia przed naleśnikarnią. Były wszędzie.

Klasyczny bretocentryzm.

Warsztat pana, który naprawiał statki.

Bretoński domek.

Moje znajome konie koło domu. Niestety nie mam zdjęć z przejażdżki...

La côte sauvage, czyli dzikie wybrzeże...

...nie takie znowu dzikie...

...ale bardzo urokliwe...

:)

środa, 28 sierpnia 2013

In-freaking-croyable, czyli co słychać w Paryżu

Wyskoczyć na niecałe dwa dni do Paryża podczas urlopu, żeby poznać okolicę przed Erasmusem? W sumie czemu nie...

Już nie mogłam wysiedzieć w Bretanii. Musiałam przynajmniej zobaczyć moje tzw. mieszkanie, czyli malutkie studio, z którego mogę korzystać w zamian za wieczorną opiekę nad dziećmi cztery dni w tygodniu. Dzieci też jest czwórka, więc będzie wesoło. Ale okolica jest fantastyczna. Prawie wszędzie blisko ;D

Gardienka z kamienicy obok (dla niewtajemniczonych: to ktoś w rodzaju dozorcy) dała mi klucze, życząc przy tym, dość nieszczerze, powodzenia, kiedy powiedziałam, że mieszkam na siódmym piętrze. Jeszcze tego nie zrozumiałam, byłam pełna optymizmu. Trudno się przejmować drobiazgami w stylu siódmego piętra, kiedy jest się w pięknej paryskiej kamienicy, praktycznie w centrum Dzielnicy Łacińskiej. Gardienka zostawiła mnie więc samą w sieni i wróciła do siebie.

Pierwsza niespodzianka: winda dojeżdża tylko na szóste piętro. Duże schody, obite dywanem, również kończą się na szóstym piętrze. I na tym koniec...siódme piętro jakby nie istniało.

Chcąc, nie chcąc, zeszłam z powrotem na dół i przypomniałam sobie, co mówił mi właściciel. Jako że na siódmym piętrze znajdują się tylko chambres de bonne, czyli dawne pokoje dla służby (nie powiem, żeby dzisiaj to bardzo straciło na znaczeniu...), wchodzi się tam innymi drzwiami i innymi schodami.

Zaczęłam więc szukać tajnego wejścia na siódme piętro, dosłownie macając ściany w nadziei odkrycia drzwi. Czułam się jak ludzik w grze komputerowej, który musi włamać się do twierdzy. Kiedy wreszcie natrafiłam na drzwi, okazały się zamknięte. Spędziłam więc następny kwadrans, usiłując dostać się na klatkę schodową, ale żaden z moich kluczy nie pasował. Sezamie, otwórz się również nie działało. Wreszcie zrozumiałam, że trzeba przytknąć magnesowy breloczek do drugiego magnesu na ścianie, a wtedy drzwi się otworzą. Magia.

Ta klatka schodowa to nie chlew!!! głosiła wszem i wobec kartka przy wejściu. Nie byłam tego wcale taka pewna. Schodki, drewniane, mikroskopijne i dość obskurne, wiły się aż na siódme piętro. Jak tam wtaszczyć wszystkie bagaże, nie mam zielonego pojęcia. Ale przynajmniej oduczę się zapominania rzeczy z domu. I będę miała nogi jak Pudzian.

Wreszcie dotarłam pod swoje drzwi. Klucz pasował do zamka. Odetchnęłam z ulgą, przekręciłam klamkę, która o mało co nie została mi w ręce i...nic. Drzwi ani drgnęły.

Próbowałam wszystkiego. Naprawdę wszystkiego. Łącznie z modlitwą. W końcu stwierdziłam, że nic z tego i zadzwoniłam do gardienki. Odebrał pan gardienek. Po wysłuchaniu mojego rozpaczliwego opowiadania stwierdził, że zaraz przyjdzie.

Okazuje się, że drzwi nie otwierają się tak o, po przekręceniu klucza w zamku. To by było za proste. Uczyłam się otwierania i zamykania przez jakieś 20 minut, wliczając w to chodzenie na koniec korytarza i zawracanie, co według pana gardienka było znakomitą metodą na zapamiętywanie. W sumie od wejścia do kamienicy do otwarcia drzwi studia minęła jakaś godzina. Po prostu forteca.

Ale największy szok przeżyłam, kiedy wreszcie weszłam i wychyliłam się z okna. Po lewej stronie, proszę państwa, widać wieżę Eiffla. Z nóżkami.

Już uwielbiam to mieszkanko. Bretania Bretanią...ale chcę już do Paryża ;D


niedziela, 25 sierpnia 2013

Imprezy, imprezy...szkoda, że beze mnie...

Ostatni weekend w Bretanii. Za mną prawie cały tydzień siedzenia w domu po nocach, kiedy Rodzice, z lekkim poczuciem winy, co wieczór pytali:
- Nie będzie ci przeszkadzało, jak dzisiaj wyjdziemy?
- Oczywiście, że nie- odpowiadałam niezmiennie, zastanawiając się, jak tym razem będzie wyglądała moja kolacja (gotowe dania w stylu "ryba z ryżem w sosie cytrynowym" to jednak nie na moje nerwy) i czy Dziecku nie przypomni się akurat, że nie ma ochoty spać.

Ale dzisiaj rano skutki imprezowania już Rodziców przerosły.

Godzina 8.30. Mały zaczyna marudzić. Nigdy raczej nie wyciągam go z łóżka i nie daję mu śniadania, ale po kilkunastu minutach zrozumiałam, że ktoś musi. Tata był po nocy didżejowania, a mama po imprezie z okazji końca sezonu. Sądząc po szczelnie zamkniętych drzwiach ich sypialni, nie było co liczyć na żadne z nich.

Dobrą godzinę później z sypialni wychyliło się zaspane zombie, ubrane w koszulkę na lewą stronę i z białym konfetti we włosach. Cała kuchnia również była w konfetti. Zombie wymachiwało z nieszczęśliwą miną butelką z mlekiem.
- Zrobiłam mu rano, jak wróciłam...koło siódmej...
- Nie martw się, już jadł.
- Aaaaa...
- Impreza była?
- Yyyyy. Jeeezu.

Komunikat był aż nad wyraz zrozumiały. Chwilę później siedziałyśmy w kuchni, gdzie Mama zażarcie mieszała kawę, wpatrując się w przestrzeń wzrokiem topielca. Na podwórku stał tylko jeden samochód z trzech. I to akurat ten, gdzie nie ma siedzenia dla Dziecka.
- Jest tylko samochód bez siedzenia- zauważyłam ostrożnie.
- Yyyy. Merde!- dotarło do niej za dobre pięć sekund- To jak my to teraz zrobimy? Będzie trzeba jechać po ten drugi samochód i zawrócić. Wczoraj szefowi odholowali ciężarówkę sprzed klubu, musieliśmy wracać taksówkami. A oni do domu chyba wejdą przez okno. Ale jak myśmy pili...putain, c'est pas possible...Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz wróciłam tak późno.

Ja w sumie też nie.Ale rozumiem. Jak ma kto zostawać z dzieckiem, trzeba korzystać. Potem już nie będzie tak fajnie...

A z niespodzianek w życiu codziennym:
- Dziecko zrozumiało, że nie można jednocześnie pić z butelki i jeść łyżeczką,
- pan w sklepie meblowym (nie pytajcie, dlaczego chodzę po sklepach meblowych) okazał się być polskiego pochodzenia i mówić po polsku praktycznie bez akcentu: "Zna pani piosenkę "La vie en rose"? No to tę różę (przysięgam, że powiedział "tę"!) trzeba stamtąd wyciągnąć i komuś podać, a na to miejsce wstawić sztukę. Art. I będzie nasz sklep. Proszę, tu jest nasz website". :D
- można przejechać na hamulcu ręcznym całą drogę z centrum do domu, w dodatku wrzucając czasem czwarty bieg. Tylko nie wiem, jakim cudem.

Jest fajnie. Ale trochę już nie ma co robić. Jednak miesiąc w zupełności wystarczy ;p

wtorek, 20 sierpnia 2013

Wszystko przez pełnię księżyca...

Wracałyśmy z imprezy...tym razem niezbyt udanej. Kiepska muzyka (chociaż didżej świetnie się bawił), towarzystwo trochę spod ciemnej gwiazdy, a przede wszystkim napięta, nie wiedzieć czemu, atmosfera. Koleżanka au-pair'ka, która spędziła cały dzień na wyciąganiu mnie z domu, stosując wyjątkowo umiejętnie szantaż emocjonalny, teraz tylko marudziła, że nic jej się nie chce. Druga koleżanka, bardzo entuzjastycznie nastawiona do imprezy i spędzanego razem wieczoru, też już zaczynała mieć dosyć mnożących się problemów. Ja, w wielkim swetrze i z szyją obwiązaną szalikiem (look pt. biba w sanatorium), kaszlałam malowniczo, prawie wypluwając płuca. W dość podłych humorach, o czwartej rano dałyśmy spokój z czekaniem, aż impreza się rozkręci i wróciłyśmy do domu.

Następnego dnia zwlokłam się z łóżka grubo po południu, czując się jeszcze gorzej. Zeszłam na dół i pożaliłam się "Rodzicom" na swój los i na nieudany wieczór.
- No tak, przecież wczoraj była pełnia księżyca- stwierdził Tata, jakby to wszystko wyjaśniało. Mama przytaknęła:
- Jasne, Mały też był wczoraj nieznośny, no nie?

To prawda. Był raczej nie do wytrzymania. Myślałam, że to przez moją chorobę tak nie mam do niego siły, ale było to coś jeszcze. Nauczyłam się już odróżniać rodzaje jego płaczu i odpowiednio na nie reagować. Płacze: "jestem głodny", "boli mnie coś", "trzeba mi zmienić pampersa" i "trochę marudzę, bo chcę się przytulić" to nieodłączne elementy życia codziennego. Ale płacz pt. "życie jest bez sensu i wszystko mnie bez powodu wkurza" potrafi naprawdę zepsuć dzień. Dawno się tak nie cieszyłam z wieczoru. Ale co to ma wspólnego z księżycem? Który zresztą rzeczywiście był wczoraj ogromny?

-Zawsze mi mówili w klubie, że najgorsze są noce z pełnią księżyca- podjął Tata- Mało ludzi, zła atmosfera, wszystko jakieś dziwne...Kiedy byłem młodszy, to w to nie wierzyłem, ale teraz...
- Tak samo z dziećmi- wtrąciła Mama- Na porodówce słyszałam, że podczas pełni rodzi się najwięcej dzieci. A ludzie mają zły humor i denerwują się z byle powodu.
- Poza tym ubrania żółkną, jeżeli zostawisz suszarkę na dworze! Często sklepy muszą wymieniać całą wystawę. Popatrz na moją koszulę!

Trochę mi się chciało śmiać, ale wspomnienie wczorajszego dnia i nocy kazało mi ostrożnie wyciągać wnioski. Niezależnie od księżyca, dzisiaj, zamiast na plażę, poszłam do lekarza. A potem do apteki. A teraz się kuruję. Znam co prawda lepsze sposoby na spędzanie urlopu, niż leżenie w łóżku, ale cóż... Jeżeli będę już bardzo zdesperowana, przeniosę się z leżeniem na plażę ;p

sobota, 17 sierpnia 2013

Tu te débrouilles! (Poradź sobie!)

No dobra, jest to trochę w stylu tough love, ale to zdanie wygłaszam ostatnio do mojego Dziecka z pięćdziesiąt razy dziennie. Bo Dziecku się nie chce. Samemu wstać, wsadzić porządnie puzzla, wyciągnąć zabawki z pudełka, itp. Ale efekty są. Sam je (na to, jak przy tym potwornie ciaprze, spuszczam zasłonę milczenia), pije z kubeczka (przy okazji robi sobie prysznic) i sam wchodzi na swoją ciężarówkę (która się non stop przewraca, czasami razem z nim). Bywa ciężko, ale walczymy.

Swoją drogą, nie wiem, gdzie się podziały wszystkie zabawki, które nie mówią, nie grają i w ogóle nie wydają żadnych odgłosów. Marzę o stercie milczących pluszaków, i o nieświecących krzesłach. Absolutnym hitem są zabawki, które nie przestają gadać same do siebie, nawet wciśnięte w najciemniejszy kąt pudełka.

Kura wielkanocna, czyli wielkie, dziobate, turkusowe jajo skonstruowane w stylu babuszek (wkładasz jedno w drugie) już śni mi się po nocach. Szczęśliwe Dziecko wyciągnęło ją z pudełka i dało mi do potrzymania.
- Ale gdzie jest moja rodzina?- ożyła kura- Jestem taka samotna! Znajdź ich wszystkich!
Tak, niestety była pusta w środku. Usiłowałam ją wyłączyć- nic z tego, potem wyjąć baterie- bezskutecznie. Odłożyłam ją więc do pudełka i przykryłam drewnianym pociągiem. Mały zaczął się spokojnie bawić czymś innym, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Kooookokoko!- zagdakało z pudełka za dwie minuty- Dalej tu jestem!
No, przecież. Tylko nie miałam bladego pojęcia, gdzie są pozostałe jajka.
- Poszukamy dzieci kury?- zaproponowałam Małemu, starając się brzmieć zachęcająco. Popatrzył na mnie, po czym przyniósł pluszową chmurę z Ikei.
Cóż, zabrałam się więc sama do przestrząsania pudełka...niestety, nawet jak włożyłam do środka kury tylko największe jajo, ona nie dawała się nabrać i domagała się następnych, nie przestając wydawać dźwięków, od których pęka głowa. W końcu udało mi się znaleźć wszystkie "kurczątka"
- Dziękuję! Jesteśmy wszyscy razem!- doceniła mnie nareszcie kura, po czym zaczęła śpiewać piosenkę. Mały bił brawo, zachwycony nową zabawą. Po piosence wrzuciłam kurę do pudełka, posadziłam Dziecko przy cichej pluszowej farmie i z ulgą usiadłam na krześle.
- Jedziemy już?- odezwało się nagle pudełko- Wszyscy gotowi?

Tak, poza kurą jest jeszcze gadający traktor. I gadająca farma, gadająca krowa, gadający taboret oraz gadający telefon. A odkąd znalazłam wszystkie jajka, Mały przesłuchuje non stop piosenkę kury. Można zwariować. Właśnie dlatego najbardziej lubię spacery.

A wracając do tematu, radzić sobie musi nie tylko dziecko, ale ja też. Nikomu nie polecam chorowania i au-pair'owania jednocześnie, zwłaszcza jak zbliża się urlop i można by iść na plażę. Ale cała reszta idzie dobrze. Jazda samochodem nie jest tu horrorem, chociaż ciekawie jest znaleźć się na dobrej ulicy, ale jadąc w przeciwnym kierunku (orientacja w terenie ciągle jeszcze nie ta). Kontakty międzyludzkie super. Jedzenie też. Ale o tym następnym razem. Na razie uciekam na następną rundę karmienia...a raczej przyglądania się, jak Dziecko je i powtarzania non stop: "Nie bierz tyle na łyżeczkę. Tylko trochę. Nie za dużo. Nie, za dużo. Taaaak!"
Kompot i jogurt. Oj, będzie rzeź.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Życie rodzinne

Ponieważ ostatnio już nie latam samolotami po wybrzeżu (nuuudaaaa...) skupię się trochę
na szarej codzienności i mojej Rodzince, która również jest, mówiąc kolokwialnie, wrąbana
w kosmos.

Mama, połączenie fajnego szefa i przyjaciółki od wieczornych rozmów przy winie, pracuje przy wynajmowaniu łódek i innych pływających rzeczy, ma więc codzienny kontakt z formami życia nazywanymi powszechnie turystami. Przyznam, że nie lubię określenia "turysta". Kojarzy mi się ono z apatycznymi wycieczkowiczami w krótkich spodenkach, objuczonymi wielkimi aparatami i wypatrującymi najbliższej knajpki. Co innego "podróżnik"...to przywodzi na myśl zadumanego wędrowca, starającego się wczuć w kulturę, zwyczaje i język miejsca, które właśnie odwiedza. To tylko moje subiektywne wrażenie...ale na dowód przytaczam kilka zasłyszanych od Mamy haseł prawdziwych turystów:

1) Super są te przypływy i odpływy, strasznie mi się podobają! Będą też w weekendy?
(odpowiedź Mamy: No wie pani, teraz, jak skrócili tydzień pracy do 35 godzin, to trochę ciężko je zorganizować) <3
2) O której jutro będzie wiatr?
3) Myśli pani, że za tydzień o tej porze będzie ładnie?
4) Za moich czasów menhiry były bliżej plaży.
5) Mówię ci, że w zeszłym roku było więcej tych skał na morzu!
6) Czy jak wypłyniemy na morze, to będzie tam gdzieś zegar?

Współczuję pracy z turystami. Naprawdę.

Tata. Na co dzień udaje statecznego optyka, żeby dwa razy w tygodniu przeobrazić się w didżeja lokalnego klubu. Co się bardzo przydaje, jeżeli chce się z koleżankami au-pair'kami (swoją drogą samymi Polkami) pójść tam wieczorem...pokażcie mi drugiego host dad, który przynosi wszystkim drinki podczas imprezy. Hasła Taty:

Godzina 21.00, wysadza mnie pod plażą: Jak będzie jakiś problem, to zadzwoń! 
00.30: Jesteście już? Poczekam na was przed wejściem, żeby was wpuścili.
00.45: To czego się napijecie?
02.00: Ja idę. Jakby był jakiś problem, to do mojego kolegi (kolega macha) I zadzwoń!
02.40, sms: To ja idę. Napisz, jak będziecie chciały wracać, wyślę smsa do kolegi taksówkarza.
04.00, sms: Ok, już jedzie. Stójcie przed wejściem, tylko blisko ochroniarzy!
04.15, sms: Napisz mi smsa, jak będziecie w taksówce
04.45, przez telefon: No, gdzie jesteś? Jak to nie możesz wejść? Zostawiłem klucz w zamku? No to jest otwarte, tak? Ahaa, z drugiej strony...czekaj, już schodzę.
Następnego dnia, po pracy: No i co, wszyscy tam byli dla ciebie mili w klubie? Bo jak nie, to mi powiedz, zrobimy z tym porządek...

Nie ma to jak organizacja ;D

I nie ma to jak urlop. Moje Dziecko jest przekochane...wśród jego wielu zalet znajdziemy to, że śpi po południu (nie muszę dodawać, że tym samym ja również) i, jeżeli tylko wszystko mu pasuje, ciągle się śmieje i jest ogólnie zadowolone z życia. Rozumiem doskonale jego zamiłowanie do książeczek z obrazkami i pogardę dla telewizji. Mniej rozumiem, dlaczego na widok konia wydaje odgłos kury lub krowy, mimo że widzi żywe konie prawie codziennie na spacerze i tłumaczę mu do znudzenia, że koń robi "ihaaaa" i "prrrr". Musi w tym być jakaś logika, ale jeszcze nie wiem, jaka. W każdym razie, mimo wszystkich zalet mojego Dziecka, urlop to najcudowniejsza rzecz na świecie. Urlop oznacza plażę, opalanie się, spotkania z nowymi znajomymi, rower i jazdę konną w pożyczonych od Mamy ubraniach (bo kto by tam brał skarpetki do Bretanii). Jednym słowem: FUN!

środa, 7 sierpnia 2013

W wodzie, w powietrzu, na ziemi....i niedługo chyba pod

Co za czas. W dwóch słowach:

- menhiry zostały poustawiane chyba tylko po to, żeby powkurzać następne pokolenia. Tłumy turystów, złożone głównie z Anglików i paryżan, robią tysiące zdjęć różnej wielkości kamolom, wśród których pasą się owieczki,
- barierka dla dziecka przed schodami działa świetnie. Przez dobre 15 minut nie mogłam zejść na dół....uwolnił mnie dopiero pan tata,
- najbardziej znaną tu polską postacią oprócz papieża jest Lesz WaleZA. "Nooo, Lesz WaleZA! Jak to nie kojarzysz, przecież on jest Polakiem, nie? Polityk, były prezydent? Ahaaa...że jak to się wymawia po polsku? No nie mów..."
- ledwo wychylisz się na rowerze ze swojej ulicy, a już dopadają cię Brytyjczycy, którzy chcą dotrzeć do menhirów,
- połowa facetów ma na imię Jean-Marie, Jean-Pierre albo Jean-François, od którego zdrobnienie to...Jeff (bardzo francusko),
- woda nie aż tak zimna, kajaki i deski super,
- istnieje tutaj piwo na bazie wody morskiej.

A teraz trochę dłużej o wczorajszych przygodach. Siedzimy sobie spokojnie w barze z panem tatą (mały u babci, na razie ciągle mam urlop ;D). Pijemy kawę, czytamy francuskie gazety i rozmawiamy ze wszystkimi znajomymi, którzy się nawiną. Pan tata gada przez swojego iPhone'a, jak cała reszta tutejszej populacji. Nagle słyszę:
- Znajomy musi odstawić samolot z jednego miasta do drugiego. Taki mały, na dwa miejsca. Właśnie dzwoniłem i powiedział, że będzie można cię tam wsadzić.
-...
-No co, nie chcesz się przelecieć nad oceanem?
- :O...
- Problem jest tylko taki, że chyba nie zdążę cię odwieźć do tego miasta, skąd będziecie odlatywać. Są straszne korki, to potrwa wieki...
- Ja ją odwiozę- wtrącił się znajomy z baru- na motorze będzie szybciej. Jechałaś kiedyś motorem?
- :OO...
:D Niestety nie było to takie proste, bo nie przewidziałam tego typu podróży. Na szczęście dziadkowie jeżdżą motorem, więc pani babcia pożyczyła mi kask i wielki sweter, dodając mimochodem, że na pewno zwieje mi te klapeczki. Ubrana jak siódme dziecko stróża (albo raczej harleyowca) wsiadłam na motor za znajomym z baru, który ruszył z kopyta.

Kolejka w wesołym miasteczku to przy tym małe piwo. Facet gazował tak, że całe otoczenie tylko migało. Odganiając natrętną myśl, że to może być moja pierwsza i ostatnia jazda motorem, skupiłam się na ściskaniu kolanami siedzenia, żeby przypadkiem nie uderzyć w lusterka samochodów, które wyprzedzaliśmy. Nagle zamachał do nas żandarm. Zjechaliśmy na pobocze.
- Dokumenty proszę...prawo jazdy i tak dalej.
- Nie no, przecież ja nie mam prawa jazdy przy sobie- stwierdził wesoło znajomy z baru, a mnie kompletnie zatkało- Ale mam wszystkie dokumenty w domu, naprawdę. Tylko nie wziąłem, bo się spieszymy. Ona musi złapać samolot.
Żandarm zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Starałam się wyglądać tak niewinnie, jak mi na to pozwalał wielki kask i okulary przeciwsłoneczne.
- Wie pani, mademoiselle, że to niepoważne wsiadać na motor w szortach? Jak pani spadnie, to się pani totalnie poharata!
- No wiem, ale ja jadę na samolot- wyjaśniłam kompletnie bez sensu.
Żandarm westchnął ciężko, popatrzył na nas jeszcze raz i machnął ręką.
- Allez, jeźdzcie, jeźdzcie...Tylko żeby mi to było ostatni raz!
- Sympatyczny ten glina!- podsumował znajomy z baru, robiąc szaloną woltę na rondzie. Byłam zbyt zajęta utrzymywaniem się przy życiu, żeby odpowiedzieć.

W końcu dojechaliśmy do miejsca, skąd startowały wszystkie małe samolociki. Ledwo zwlokłam się z motoru i weszliśmy do pobliskiej knajpki, a już obsiadło nas pełno ludzi, którzy zaczęli się z nami witać. Jako że znajomych znajomego z baru już naprawdę nie ogarniam, nie starałam się nawet zorientować, kto jest kim. Entuzjastyczny starszy pan pocałował mnie, jak to Francuzi, w oba policzki:
- I co tam, dom już wykończony?
- Jaki dom?- zbaraniałam całkiem. Wiem już, że Jeff od ostryg z restauracją i Jeff od ostryg bez restauracji to dwie różne osoby, a Manu szef wynajmujący łódki to nie Manu najlepsza przyjaciółka...ale żebym miała dom do wykończenia?
- Jak to jaki? Wasz dom, przecież budowaliście?- zdziwił się starszy pan, wskazując na mnie i znajomego z baru.
- Aaaa, nie, nie, ja nie jestem żoną tego pana- połapałam się wreszcie- Ja tu tylko na samolot...
Starszemu panu zrobiło się tak głupio, że odszedł w przeciwnym kierunku ;p

Poznałam wreszcie pilota i wsiadłam do małego samolociku. Naprawdę małego.
- Nie wymiotować- ostrzegł uprzejmie, zapinając pasy- Bo wyrzucę przez okno.
Wystartowaliśmy i za chwilę lecieliśmy już nad oceanem, podziwiając wybrzeże i pobliskie wysepki. Pilot w pewnym momencie wyciągnął telefon (oczywiście iPhone'a) i zrobił nam zdjęcie, które wysłał panu tacie. Samolot w tym czasie spokojnie leciał sam.
- Patrz, jak tak zrobię, to będzie fajnie- rzucił nagle, po czym zanurkował samolotem i gwałtownie się podniósł- Podoba ci się?
- Nie bardzo- wykrztusiłam, powstrzymując atak mdłości- od tego się robi trochę niedobrze.
- No co ty! Nie robi się niedobrze!
Dałam spokój. Kłócenie się z pilotem, który gestykuluje obiema rękami 300 metrów nad ziemią nie ma większego sensu. Na szczęście więcej akrobacji nie było. Widoki zapierające dech w piersiach.

Wieczorem rozmowa z rodziną:
- Tutaj mają znajomego, który pilotuje takie małe samolociki...
- Jakie samolociki? Tylko do nich nie wsiadaj!
- Hmmm...

Jednak fajnie jest tak popracować w wakacje...

sobota, 3 sierpnia 2013

Bretagne! Carnac! Trinité sur Mer!

Wreszcie na miejscu! Oto podsumowanie dnia wczorajszego (tak tak, wczorajszego, nie całego tygodnia).

Istnieją tacy ludzie, którzy potrafią pójść na "małą kawę" koło południa i przesiedzieć w restauracji/barze/innej knajpie cały Boży dzień. Jak to się dzieje? Najpierw jest kawa. Potem przychodzą znajomi, więc zamawia się drugą kawę. Potem jeszcze jedną, przecież nie będziemy siedzieć bez niczego. Następnie przychodzi czas na aperitif z małymi przekąskami. Później dochodzimy do wniosku, że przydałby się obiad, więc zmieniamy lokal (żeby nie było za nudno). Po obiedzie, do którego oczywiście jest wino, jemy deser i pijemy kawę, poprzednia była już dawno temu. I wreszcie na kolację jedziemy do knajpki serwującej owoce morza, gdzie pewne osoby przymusza się do zjedzenia żywego małża (spróbuj, spróbuj, jest pyszne!).
Ci ludzie to właśnie Francuzi. A w tym konkretnym przypadku- moi host parents i całe tabuny ich znajomych. Którzy żyją, żeby jeść, a nie na odwrót ;) Gdzie jest w tym czasie dziecko (swoją drogą słodkie, grzeczne i bezproblemowe)? A u dziadków..

Pomijając fakt, że za miesiąc będę ważyć 20 kilo więcej i wyląduję w AA, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego miejsca do pracy. Pracy, która, swoją drogą, jeszcze się nie zaczęła.

Bretagne, je t'aime!

Podróż



Pełna jak najlepszych chęci i zapału do pracy wybrałam się w wieloetapową drogę do Bretanii. Oczywiście nie udało mi się przespać nocy, więc planowałam nadrobić to w samolocie, busie do Paryża oraz w pociągu.

Lot wyglądał mniej więcej tak:

Chłopczyk na siedzeniu obok mnie (dziecko hybrydowe nr 1): Alors, maman, ja chcę tą karetkę z lego i ten autobus, a teraz chcę dwa ciastka. Kiedy lądujemy, już lądujemy? Uszy mnie bolą!
Dziewczynka z przodu (dziecko hybrydowe nr 2): Maman, daj mi kotka! Daj mi kotka! Kotkaaaa!
Francuskie rodzeństwo po lewej: Ja też chcę tak przelecieć nad siedzeniem jak on! Tatooo, czemu mnie tak nie przełożysz?
Dzidziuś z tyłu: AAAAAAAA!!!

Dobra, nic straconego, wyśpimy się w busie. Chyba że...

Chłopczyk siedzący za mną przez dwie godziny: Mamooo, a czy ty musisz odrabiać zadania domowe? Czemu nie można schodzić do góry? A można wchodzić tak bardziej na dół? Czy François Hollande będzie długo naszym prezydentem? Jak będzie dobrze pracował, to będzie? Czyli jak będzie dobrze pracował, to już będzie zawsze prezydentem? A jak nie będzie pracował, to przestanie? Mamooo, a wiesz, kto to jest tam z przodu?
Umęczona matka: Nie wiem...
Mały: A ja wiem, powiedzieć ci? To jest kierowca! Mamooo, a czy on jest zmęczony?
Mama: Pewnie trochę jest.
Mały: Mamooo, a ty jesteś zmęczona?
Mama: Jestem, ale jak mi ciągle zadajesz pytania, to nie mogę sobie odpocząć!
Mały: Aha.
(za trzy sekundy): Mamooo? Dalej jesteś zmęczona?

No i wreszcie pociąg. Trzy i pół godziny ciszy i spokoju. Tylko że już mi się z tego wszystkiego odechciało spać. Jeszcze dobrze nie dojechałam, a już na widok dziecka dostaję zawału. Nie ma to jak dobrze zacząć ;p